A on się uśmiechał, kiwał głową, kroił sobie kawałek i nastawiał czajnik. Nigdy nie powiedział wprost – tak, to ja. Ale nie zaprzeczył. Herbatę piło się u niego z takich cieniutkich szklanek w metalowych koszyczkach, które pamiętały czasy Gierka.
Piliśmy herbatę, rozmawialiśmy o pogodzie i o tym, że młodzież nie ma szacunku. I tu jest ten punkt, który teraz boli mnie bardziej niż kolano.
Bo o braku szacunku mówiłam konkretnie. Mówiłam o Dawidzie – synu Nowaków z końca ulicy. Dwudziestotrzyletni chłopak, dredy do ramion, kolczyk w brwi, tatuaże na przedramionach, buty takie, w których normalny człowiek nie przejdzie dwustu metrów.
Muzyka z garażu do późna. Kumple na podjeździe, siedzą na murku, śmieją się głośno. Kiedyś ich pies wszedł mi do ogródka i podeptał floksy. Drugim razem Dawid parkował swoim rozklekotanym autem tak, że nie mogłam wyjechać z podwórka.
Dwa razy chodziłam do Nowakowej ze skargą. Za pierwszym razem – o psa. Za drugim – o samochód. Nowakowa przepraszała, obiecywała, że porozmawia. Dawid potem przestawił auto i więcej nie parkował pod moim płotem. Psa zaczął trzymać na uwięzi.
Ale ja swoje wiedziałam. Mówiłam Hieńkowi przy serniku, że taki to nie ma pojęcia o życiu. Że w jego wieku Staszek już pracował na dwie zmiany. Że te dredy to jakiś cyrk. Że jak ja byłam młoda, to nikt nie siedział na murku – ludzie mieli co robić. Heniek kiwał głową. Pewnie dlatego, że Heniek kiwał głową na wszystko – a może dlatego, że sam tak myślał. Albo dlatego, że sernik mu smakował i nie chciał się sprzeczać.
Trzy zimy tak to trwało. Ścieżka odśnieżona. Sernik u Hieńka. Herbata w koszyczkach. Moja pewność, że świat jest prosty i wiadomo, kto jest kto.
A potem przyszła ta noc z bólem kolana i odsunięta firanka.
Stałam przy oknie może pięć minut. Patrzyłam, jak Dawid odgarnia śnieg łopatą, którą musiał przynieść z domu, bo moją Staszek trzymał w szopie na kłódkę. Pracował cicho, starannie. Kiedy skończył ścieżkę, wyciągnął z kieszeni woreczek z piaskiem i posypał. Potem spojrzał na dom – na ciemne okna – i odszedł. Nie w stronę furtki, ale tyłem, wzdłuż płotu, żeby zostawić mniej śladów.
Wróciłam do łóżka i leżałam do rana. Nie mogłam zasnąć. Myślałam o tym, ile razy przy Hieńku powiedziałam – ten od Nowaków, ten z dredami, ten co nie ma pojęcia. A on – ten z dredami, ten co nie ma pojęcia – wstawał przed szóstą, żeby samotna staruszka nie złamała sobie biodra na lodzie.
I myślałam o Hieńku. Czy wiedział? Chyba nie – bo Heniek nie umiał kłamać, a nie umiał też milczeć o cudzych zasługach. Raczej po prostu przyjmował sernik, bo tak było wygodnie, i może nawet uwierzył, że to on odśnieża, tylko nie pamięta.
Rano upiekłam sernik. Stanęłam z tortownicą przed drzwiami Nowaków. Otworzyła mi Nowakowa, w fartuchu, z mąką na policzku.
– Dzień dobry, pani Wiesławo. Coś się stało?
– Czy Dawid jest w domu?
– Śpi jeszcze. Był na nocnej zmianie, wrócił o…
Urwała. Spojrzała na sernik. Na mnie. Chyba coś zrozumiała, bo zrobiła krok w tył i zawołała cicho:
– Dawid! Zejdź na dół.
Zszedł po kilku minutach, w dresie, zaspany, z odciśniętą poduszką na policzku. Zobaczył mnie i zamarł. A ja zobaczyłam coś, czego wcześniej nie widziałam – albo nie chciałam zobaczyć. Że ten chłopak ma oczy swojego dziadka, starego Nowaka, który trzydzieści lat temu pożyczył Staszkowi pieniądze na naprawę dachu i nigdy nie chciał ich z powrotem.
– To dla ciebie – powiedziałam i podałam mu tortownicę.