O 16:03 akustyczne akordy „Can’t Help Falling in Love” poniosły się przez pawilon ogrodowy. Ciocia Cheryl mocno objęła mnie ramieniem.
„Nie robisz tego tylko po to” – wyszeptała Cheryl z mocą, gdy stawiałyśmy pierwszy krok. „Ty to przetrwasz”.
Szłam do ołtarza. Późnopopołudniowe słońce Teksasu przesączało się przez wiekowe dęby wstęgami płynnego złota. Zobaczyłam Samuela stojącego przy ołtarzu, z oczami błyszczącymi łzami szczęścia. A w pierwszym rzędzie, siedząc dokładnie tam, gdzie powinni siedzieć moi oprawcy, James i Margaret Holloway uśmiechali się do mnie z czystą, nieskażoną dumą.
Ceremonia trwała krótko, bezbłędnie, osiemnaście minut – celowo skrócona, żeby Rachel nie czuła się uwięziona, mimo że jej tam nie było. Złożyliśmy przysięgę małżeńską. Pocałowaliśmy się. Tłum wybuchnął radosnymi brawami.
W trakcie koktajlu Samuel i ja wymknęliśmy się, żeby złapać oddech. Przeszliśmy obok biblioteki. Drzwi do cichego pokoju były lekko uchylone. Zajrzałam do środka. Obciążony koc leżał nietknięty na fotelu. Butelki Topo Chico pociły się w wiaderku z lodem.
Klatka piersiowa mi się zapadła. Nie przeżyła. Pranie mózgu w Sedonie zwyciężyło.
Samuel ciasno objął mnie w talii od tyłu. „Zrobiłaś dla niej miejsce, Lauro. To dowodzi wszystkiego o twoim charakterze, a niczego o jej”.
Skinęłam głową, ocierając zabłąkaną łzę i odwróciłam się, żeby wrócić do namiotu weselnego.
„Laura” – głos Julii nagle rozległ się echem z końca korytarza. Oddychała ciężko, jakby właśnie wybiegła z parkingu. „Nie odwracaj się jeszcze. Ale ktoś chce ci zadać pytanie”.
Zamarłam. Puls dudnił mi w uszach jak pociąg towarowy.