Akt zgonu mamy. Starą księgę wieczystą. Umowę sprzedaży. Kopie z notariatu. Nagranie Marka. Zdjęcie z mojego ogrodu z podpisem: „Nowy start dla rodziny”.
Marta słuchała nagrania i nie przerywała.
Kiedy Marek powiedział, że zawsze czekałam na resztki, zdjęła okulary i potarła oczy.
— Nie będę cię pocieszać na ślepo — powiedziała. — To będzie brzydkie. Oni pójdą po rodzinie, po sąsiadach, po znajomych. Zrobią z ciebie niewdzięczną córkę, samotną kobietę, zazdrosną ciotkę, która nie chce pomóc dzieciom.
— Wiem.
— Nie, jeszcze nie wiesz. Będą uderzać tam, gdzie boli.
Miała rację.
Bo mnie bolało to, że nie miałam dzieci.
Nie dlatego, że uważałam swoje życie za gorsze. Ale dlatego, że inni od lat próbowali mi wmówić, że przez to mam mniejsze prawo do miejsca, pieniędzy, spokoju.
Marek miał dzieci, więc jemu „bardziej się należało”.
Ja byłam sama, więc mogłam się przesunąć.
Jak krzesło.
Jak stara szafka.
Jak czyjś niepotrzebny pokój.
Marta położyła dłoń na mojej teczce.
— Możemy spróbować ugody. Cicho. Bez wielkiej sprawy. Zwrot części pieniędzy, oświadczenie, że nie roszczą sobie prawa do domu. Będzie szybciej.
— A mieszkanie mamy?
— Też można to ująć. Ale pełnej prawdy wtedy nie będzie.
Popatrzyłam na kubek.
Niebieskie kwiatki były już trochę starte. Mama piła z niego kawę rozpuszczalną, kiedy rano szykowała mnie do szkoły. Pamiętam jej rękę na uchu kubka. Paznokcie zawsze miała krótko obcięte, bo pracowała w sklepie mięsnym i nie lubiła lakieru.
22 lata trzymałam ten kubek jak relikwię.
Bałam się go używać, żeby nie pękł.
A oni sprzedali całe jej mieszkanie i jeszcze przyszli po mój dom.
— Nie chcę cichej ugody — powiedziałam.
Marta skinęła głową.
— To idziemy oficjalnie.
Zaczęło się już następnego ranka.
O 8:10 zadzwoniła ciotka Zofia, siostra ojca.
— Basia, co ty wyprawiasz? — zapytała zamiast dzień dobry.
Stałam w łazience ze szczoteczką w ręce.
— A co wyprawiam?
— Ojciec przez ciebie ledwo żyje. Marek mówi, że chcesz ich puścić z torbami.
— Ciociu, wiedziałaś o mieszkaniu po mamie?
Zapadła cisza.
— Jakim mieszkaniu?
— Tym na Bałutach. Tym, które podobno poszło na długi.
Usłyszałam jej oddech.
— Ja się w takie rzeczy nie mieszam. Ale ojca nie niszcz. Matkę miałaś jedną, ojca też masz jednego.
Rozłączyłam się.
Tego dnia dostałam 12 wiadomości.
Od kuzynki. Od dawnej sąsiadki Haliny. Od kogoś z rodziny Marka. Nawet od kobiety, która znała moją mamę z pracy, a teraz napisała tylko: „Starszym należy się szacunek”.
Nikt nie zapytał, dlaczego starszy człowiek żąda domu od własnej córki.
Wieczorem Marta napisała:
„Jest ktoś, z kim musimy porozmawiać. Nie przestrasz się. Żona Marka”.
Żonę Marka, Agnieszkę, znałam słabo.
Cicha kobieta. Zawsze z włosami spiętymi gumką, zawsze jakby trochę nieobecna. Na rodzinnych spotkaniach częściej zmywała talerze, niż siedziała przy stole. Ich dzieci trzymały się jej spódnicy, a Marek opowiadał głośno, jaki to on jest zaradny.
Spotkałyśmy się następnego dnia w małej kawiarni niedaleko sądu rejonowego.
Agnieszka usiadła w płaszczu. Nie zdjęła go. Torebkę trzymała na kolanach.
— Ja nie jestem po pani stronie — powiedziała od razu.
— Rozumiem.
— Jestem po stronie dzieci. I może trochę swojej, jeśli jeszcze mogę.
Marta wyjęła notes.
— Proszę mówić po kolei.
Agnieszka położyła na stole wyciągi z konta. Umowy kredytowe. Pisma z banku. Jedno konto było wspólne: Marek i mój ojciec.
Były tam kwoty, które dziwnie pasowały do daty sprzedaży mieszkania po mamie.
Nie wszystko wprost. Część przez znajomego. Część przez starą firmę, której już nie było. Ale ślad był.
— Przez 7 lat podpisywałam papiery, których nie czytałam — powiedziała Agnieszka. — Marek mówił, że mam mu ufać. A potem znalazłam, że nasze mieszkanie jest pod zastaw. I że pani dom miał być wyjściem z jego długów.
Poczułam zimno na plecach.
— Mój dom?
— Tak. Mówił: „Baśka i tak podpisze. Ojciec ją przyciśnie”.
Spojrzała na mnie i dodała ciszej:
— Powiedział też, że pani całe życie czekała, aż ojciec panią wreszcie wybierze.
Odwróciłam głowę.
To było najgorsze.
Bo trochę prawdziwe.
Ta 13-letnia dziewczynka we mnie naprawdę długo czekała. Że ojciec kiedyś powie: „Basia, jesteś moja”. Nie Marek. Nie Halina. Ty.
Nawet wtedy, kiedy przyszedł z teczką mnie straszyć, jakaś głupia część mnie czekała na słowo „przepraszam”.