Przez trzydzieści lat nienawidziłam swoich urodzin. To był dzień, w którym umarła moja pierwsza miłość. A przynajmniej tak mi się wydawało. Nagle do mojego ogrodu weszła młoda kobieta, która wyglądała dokładnie jak Lily, trzymając w ręku kasetę wideo, i w ciągu kilku sekund życie, nad którym spędziłam dekady, zaczęło się rozpadać.
W zeszłym tygodniu skończyłam 47 lat i przez trzydzieści lat w urodziny byłam zajęta.
Kosiłam trawnik o szóstej rano. Czyściłam rynny. Organizowałam garaż w taki sposób, żeby nikt poza mną nie rozumiał.
Cokolwiek z silnikiem, listą zadań albo wystarczająco głośnym dźwiękiem, żeby zagłuszyć myśli, które w przeciwnym razie powędrowałyby tam, gdzie nie chcę.
Przez trzydzieści lat nienawidziłam swoich urodzin.
Miała na imię Lily.
Miałyśmy po siedemnaście lat, takie zbliżenie, które dorośli obserwują z lekkim zaniepokojeniem i określają mianem „fazy”.
Pozwalałyśmy im tak myśleć.
Mieliśmy plany, które wydawały się bardziej realne niż cokolwiek, co robili dorośli wokół nas. Akceptacja na studia, którą byłam podekscytowana. Mieszkanie, które wybraliśmy z ogłoszenia: trzecie piętro, duże okna, wyjście ewakuacyjne od strony zachodniej.
Życie, które istniało tak całkowicie w mojej głowie, że nawet teraz potrafię opisać meble, których nigdy nie kupiliśmy.
Miała na imię Lily.
Zawsze, gdy martwiłem się o przyszłość, Lily śmiała się i mówiła:
„Zawsze będziesz wiedział, gdzie mnie znaleźć”.
***
Poszła nad rzekę rano w moje urodziny. Na ryby ze starszym bratem, tak jak robili to co kilka tygodni.
Miałem iść.
Obudziłem się z gorączką, trzęsąc się i czując się bezsilny.
Miałem iść.
Lily stanęła w drzwiach w swojej kurtce przeciwdeszczowej z pudełkiem na wędki.
Pocałowała mnie w czoło i powiedziała: „Nie umieraj. Przyniosę ci największą rybę, jaką kiedykolwiek widziałeś”.
Nigdy nie wróciła.
***
Mówili, że poślizgnęła się na brzegu, uderzyła głową o skałę i wpadła w nurt. Jej brat powiedział, że próbował się z nią skontaktować. Zanim ktokolwiek dotarł, niczego nie znaleziono.
Nigdy nie wróciła.
Trumna na jej pogrzebie była zamknięta.
Siedziałam w pierwszej ławce i wpatrywałam się w nią przez godzinę, absolutnie pewna, w sposób, w jaki żałoba czasami kieruje się własną logiką, że jeśli tylko poczekam wystarczająco długo, wejdzie tylnymi drzwiami i przeprosi za żart.
Nie przeprosiła.
Zostałam w tym mieście. Pracowałam. Miałam związki, które były ważne, a potem przestały, a każdy z nich w końcu osiadał na mieliźnie, obarczony tym samym cichym faktem, że część mnie nigdy nie była w pełni obecna.
Miałam związki.