Kiedy monitor pracy serca obok mojej głowy wydał pojedynczy, ciągły, przerażająco płaski dźwięk, mój kciuk odnalazł wgłębiony przycisk i naciskałem, aż pękł plastik.
Nie usłyszałem kliknięcia urządzenia. Nie musiałem. Wewnętrzny mechanizm roztrzaskał się dokładnie tak, jak powinien, wysyłając zaszyfrowany, niemożliwy do namierzenia sygnał alarmowy o priorytecie zero do satelity krążącego trzysta mil nad Ziemią. Urządzenie natychmiast spaliło własne obwody, ginąc w mojej dłoni.
Wypuściłam je z palców. Moja dłoń bezwładnie opadła z boku noszy. Ciągły, płaski pisk monitora dominował w pomieszczeniu.
„Kod niebieski!” Głos Claire przerwał kliniczną ciszę. „Wchodźcie tu natychmiast! Rozpoczynam uciskanie!”
Uderzenie w moją klatkę piersiową było brutalne, rytmiczne i odległe. Poczułam, jak elektryczny wstrząs defibrylatora unosi mnie z łóżka, a potem okropny odgłos pleców uderzających o materac.
„Wciąż brak pulsu! Naładuj ponownie! Czysto!”
Nic. Szybko dryfowałam w pustkę, uwolniona od bólu, uwolniona od zdrady.
Kilometry dalej, w podziemnym budynku bez okien i z ciężko uzbrojonymi strażnikami, zamigotała ściana monitorów. Jeden ekran nagle rozbłysnął szkarłatną czerwienią.
VIPER 1: STAN KRYTYCZNY. LOKALIZACJA POTWIERDZONA. SZPITAL CYWILNY.
Krzesła zostały gwałtownie odsunięte. Operatorzy poruszali się z przerażającą sprawnością. Nie było żadnej biurokracji. Żadnego czekania na hierarchię służbową.
„Potwierdzone źródło sygnału” – warknął głos. „Wezwać ekipę ratunkową. Zignorować wszystkie lokalne protokoły ruchu lotniczego. Ruszać się!”.
W oddziale ratunkowym chaos wokół mojego bezwładnego ciała osiągnął apogeum. Claire pociła się, nie odstępując od mojej piersi. „Daj spokój, Morgan. Nie waż się mnie puścić”.
Wtedy hałas otoczenia szpitala zaczął się zmieniać.
Zaczęło się od niskich, głębokich wibracji, które potrząsały szklanymi fiolkami na metalowych tackach. Potem przerodziło się w ogłuszający, rytmiczny grzmot. Ciężkie, nieomylne łup-łup-łup łopaty wirnika klasy wojskowej przecinające nocne niebo podmiejskich miast.
Na oddziale urazowym lekarze zatrzymali się na ułamek sekundy, patrząc w sufit. „Co to, do cholery, jest?” – mruknął jeden z rezydentów.
„Uciskaj dalej!” – krzyknęła Claire.
Automatyczne drzwi SOR-u nie tylko się otworzyły, ale wręcz zostały rozsunięte. Zespół taktyczny ubrany w nieoznakowany, czarny sprzęt taktyczny zalał izbę przyjęć. Poruszali się z absolutną, przerażającą precyzją, zabezpieczając teren w ciągu kilku sekund.
Za sterami stał dyrektor Vance Hayes. Nie wyglądał na człowieka, który prosi o pozwolenie. Wyglądał na człowieka, który zakończył wojny.
Wszedł prosto na mój oddział urazowy, ignorując wrzeszczącego administratora szpitala, który szedł za nim.
„Gdzie ona jest?” – zapytał Hayes.
„Ma zatrzymanie akcji serca!” – krzyknęła Claire, przekrzykując hałas. „Nie możecie tu być!”