W tym samym momencie umarła oddana, kochająca żona. Ostatnia nić miłości, jaką do niego czułem, pękła, zastąpiona przerażającą, absolutną ciszą. Krew Vivaldiego – bezlitosny, wyrachowany lód, który zbudował imperium – zalała moje żyły.
Wziąłem długopis ze stołu. Nie sprzeciwiałem się. Nie błagałem.
„Dobrze” – powiedziałem, a mój głos był niesamowicie spokojny, gdy składałem swój podpis.
imię na linii przerywanej. „Mam tylko nadzieję, że nie żałujesz ceny swojej ambicji”.
Nie spakowałam się. Po prostu wzięłam torebkę i wyszłam, zostawiając ich w salonie, śmiejących się, otwierających butelkę szampana i świętujących moje odejście.
Myśleli, że właśnie zrzucili z siebie ciężar. Nie mieli pojęcia, że właśnie podpisali własne nakazy egzekucji.
Przez następny tydzień nie spałam. Przeniosłam się do mojego prywatnego, strzeżonego apartamentu na Polach Elizejskich. Krawcowa z Montmartre’u odeszła. Wezwałam zarząd, zespół prawny i dyrektorów finansowych.
„Zbadaj ich” – rozkazałam, siadając u szczytu długiego szklanego stołu. „Zbadaj Juliana, Chloe i Carmen. Chcę, żeby każdy wydatek firmy, każda umowa najmu nieruchomości i każdy samochód służbowy zostały namierzone i oznaczone”.
Wyniki były tak żałosne, jak się spodziewałam. Julian i Chloe przelewali firmowe pieniądze na luksusowe, prywatne wakacje. Chloe wykorzystała swoją pozycję w firmie, aby zaciągnąć ogromne, wielomilionowe pożyczki osobiste na zakup willi na południu Francji, wierząc, że rychły awans Juliana na stanowisko wiceprezesa pokryje jej długi. Żyli wyłącznie na kredytach Vivaldi.
Scena była gotowa na ich upadek.
Kulminacyjnym momentem tygodnia była Gala z okazji 50-lecia Grupy Vivaldi. Była to najważniejsza noc w światowym kalendarzu mody, odbywająca się w majestatycznym Grand Palais w Paryżu. Przyleciały setki dziennikarzy, celebrytów i potentatów branży. To była również dokładnie ta noc, w której Julian uwierzył, że tajemniczy prezes w końcu ustąpi i ogłosi go nowym wiceprezesem.
Popołudnie spędziłem w swoim prywatnym atelier. Jeśli chcieli kobiety z klasą, to chcieli Cesarzowej. Moi mistrzowie krawiectwa stworzyli zapierającą dech w piersiach, szytą na miarę suknię haute couture z głębokiego, granatowego jedwabiu. Była idealnie udrapowana, by uczcić moją siódmą ciążę, wyszywana tysiącami kruszonych diamentów, które odbijały światło niczym galaktyka. Na szyi nosiłam szafir Vivaldiego – legendarną pamiątkę po dziadku, wartą więcej niż cały sfabrykowany majątek Juliana.
Nadszedł czas, by pociągnąć za nić i obserwować, jak ich świat się rozpada.
Czerwony dywan przed Grand Palais był morzem błyskających fleszy i krzyczących reporterów.