– Przepraszam.
– Babcia też przeprasza, jak nie ma pieniędzy na wycieczkę. Od przepraszam nie robi się wycieczka.
Miała rację.
Dziewięcioletnie dziecko powiedziało mu to, czego nikt w dorosłym życiu nie mówił wystarczająco prosto.
Przepraszam nie jest naprawą.
Jest dopiero rachunkiem do zapłacenia.
Tamtego wieczoru Tomasz pojechał na cmentarz.
Sam.
Carmen chciała iść z nim, ale pokręcił głową.
– Muszę najpierw spotkać się z nią bez świadków.
Grób Anieli był skromny.
Drewniany krzyż, wyblakła tabliczka, kilka sztucznych kwiatów, które słońce wypaliło prawie do bieli.
Tomasz uklęknął na mokrej ziemi.
Przez długi czas nic nie mówił.
Bo co można powiedzieć kobiecie, która urodziła twoje dzieci, umarła, a ty przez dziewięć lat budowałeś życie, nie wiedząc albo nie chcąc wiedzieć, że twoje najważniejsze zobowiązanie oddycha w starym domu twojej matki?
W końcu wyjął z kieszeni mały samochodzik.
Prezent, który kupił gdzieś po drodze, myśląc, że może w wiosce będą jakieś dzieci sąsiadów.
Położył go przy grobie.
– Nie zasługuję, żeby prosić cię o wybaczenie – powiedział. – Więc nie poproszę. Ale przysięgam, że nie zostawię ich już drugi raz.
Wiatr poruszył trawą.
Nie było znaku.
Nie było cudu.
Tylko zimna ziemia i człowiek, który za późno zrozumiał, że powrót nie cofa wyjazdu.
Następnego dnia Tomasz chciał działać szybko.
Za szybko.
W jego głowie wszystko dało się naprawić pieniędzmi.
Nowy dach.
Lekarz dla matki.
Ubrania dla dzieci.
Szkoła.
Pokój.
Zabawki.
Przelać, kupić, podpisać, zamówić.
Carmen zatrzymała go przy stole.
– Nie wejdziesz w ich życie jak remont do domu.
– Mamo, chcę pomóc.
– Wiem. Ale oni nie są pękniętą ścianą.
To zdanie ostudziło go bardziej niż krzyk.
– Mateusz się ciebie boi – powiedziała. – Zosia jest wściekła. Oboje całe życie mieli ojca ze zdjęcia. Zdjęcie nie podnosi głosu, nie zmienia planów, nie obiecuje i nie znika. Ty jesteś trudniejszy niż zdjęcie.
Tomasz usiadł.
Pierwszy raz od powrotu naprawdę słuchał.
– Co mam zrobić?
– Zostań. Nie mów wielkich rzeczy. Nie obiecuj Ameryki. Zjedz z nimi śniadanie. Odprowadź ich do szkoły. Wróć po nich. I jutro zrób to samo.
To brzmiało zbyt prosto.
Może dlatego było takie trudne.
Pierwszego ranka dzieci prawie się do niego nie odzywały.
Mateusz szedł obok Carmen, trzymając plecak obiema rękami.
Zosia szła kilka kroków dalej, jak mały strażnik zranionej godności.
Tomasz niósł torbę z ich drugim śniadaniem.
Kiedy próbował podać ją Zosi, powiedziała:
– Sama umiem.
– Wiem.
– To po co dajesz?
– Bo chcę pomóc.
– Babcia też chce. Tylko że ona była tu zawsze.
Nie odpowiedział.
Uczył się, że każde słowo dzieci jest kamieniem wyjętym z muru, który sam zbudował nieobecnością.
W szkole nauczycielka zobaczyła go i zamarła.
– Pan jest…?
– Ojcem – powiedział.
Słowo zabrzmiało obco.
Zosia prychnęła.
– Podobno.
Nauczycielka spojrzała na Carmen.
Carmen tylko skinęła głową.
Po lekcjach Tomasz czekał pod szkołą.
Dzieci wyszły zaskoczone.
Mateusz zatrzymał się przy bramie.
– Myślałem, że pojedziesz.
Tomasz poczuł ukłucie w sercu.
– Powiedziałem, że wrócę.
Chłopiec wzruszył ramionami.
– Ludzie mówią różne rzeczy.
Tego dnia Tomasz nie kupił im drogich zabawek.
Choć bardzo chciał.
Zamiast tego usiadł na podłodze w kuchni i naprawił drzwiczki od szafki, które odpadały od lat.
Mateusz patrzył z boku.
– Umiesz naprawiać?