– Trochę.
– W Ameryce też naprawiałeś?
– Na początku tak. Pracowałem na budowach, w warsztacie, potem w transporcie.
– A potem?
– Potem otworzyłem małą firmę.
– Dlatego masz taki samochód?
– Tak.
Mateusz dotknął śrubokręta.
– Mogę?
Tomasz podał mu narzędzie.
Ich palce zetknęły się na sekundę.
Chłopiec nie cofnął ręki.
To było pierwsze zwycięstwo.
Maleńkie.
Większe niż wszystko, co Tomasz kupił przez dziewięć lat.
Zosia była trudniejsza.
Nie dawała się przekupić.
Kiedy Tomasz położył na stole nowe buty, spojrzała na nie i zapytała:
– A babci też kupiłeś kolana?
Carmen skarciła ją wzrokiem.
– Zosiu.
– Co? Nowe buty są fajne, ale babcia dalej nie może spać z bólu.
Tomasz usiadł obok niej.
– Masz rację.
Dziewczynka zmrużyła oczy.
Nie spodziewała się tego.
– Jutro jedziemy z babcią do lekarza. Z dobrego lekarza. I wykupimy wszystkie leki.
– A potem?
– Potem będę pilnował, żeby je brała.
– Jak długo?
Zrozumiał pytanie.
Nie chodziło o leki.
– Tak długo, jak będę potrzebny.
– Czyli dopóki ci się nie znudzi?
Carmen wciągnęła powietrze.
Tomasz jednak nie odwrócił wzroku.
– Nie wiem, jak sprawić, żebyś mi uwierzyła dzisiaj. Chyba nie mogę. Mogę tylko być jutro. I pojutrze. I za tydzień. A ty możesz dalej być zła.
Zosia patrzyła na niego długo.
– Będę.
– Dobrze.
– Bardzo.
– Rozumiem.
– Wcale nie.
Miała rację.
Nie rozumiał jeszcze.
Ale pierwszy raz chciał zrozumieć bez bronienia siebie.
Tydzień po powrocie Tomasz pojechał z Carmen do prawnika w Nowym Sączu.
Chciał oficjalnie uznać dzieci.
Carmen siedziała obok niego w poczekalni, trzymając torebkę na kolanach.
– Jesteś pewien? – zapytała.
Spojrzał na nią z bólem.
– Mamo.
– Pytam nie dlatego, że nie chcę. Pytam, bo one już raz zostały bez ojca, zanim zdążyły go mieć. Papier to nie wszystko.
– Wiem.
– Nie wiesz. Ale może się nauczysz.
Formalności były trudne, ale możliwe. Badanie DNA potwierdziło to, co twarze dzieci mówiły od początku.
Mateusz i Zosia byli jego dziećmi.
Kiedy wynik przyszedł, Tomasz usiadł z nimi przy stole.
Nie zrobił ceremonii.
Nie wygłaszał przemowy.
Położył dokument na środku.
– To potwierdza, że jestem waszym tatą.
Zosia spojrzała na kartkę.
– Kartka się spóźniła.
Tomasz skinął głową.
– Tak.
Mateusz zapytał cicho:
– To będziemy mieć twoje nazwisko?
– Jeśli będziecie chcieli. Nie musicie od razu.
– A babcia?
– Babcia zostaje babcią. Nikt jej nie zabiera.
To było ważne.
Bo największym lękiem Carmen nie było to, że Tomasz nie weźmie odpowiedzialności.
Teraz bała się czegoś odwrotnego.
Że przyjedzie z pieniędzmi, prawnikami i nagle uzna, że dzieci należą do niego, a ona, która karmiła je przez dziewięć lat, ma zejść na bok.
Tomasz też musiał się tego oduczyć.
Myślenia, że biologiczny ojciec ma pierwszeństwo przed osobą, która była przy gorączkach, pierwszych krokach i szkolnych występach.
Pewnego wieczoru zobaczył Carmen cerującą skarpetki przy słabym świetle.
– Mamo, już nie musisz tego robić. Kupię nowe.
Nie podniosła wzroku.
– Te jeszcze dobre.
– Masz pieniądze. Będziesz miała wszystko.
Wtedy spojrzała na niego ostro.
– Nie mów tak.
– Jak?
– Jakby pieniądze mogły wejść do tych dziewięciu lat i położyć się obok mnie, kiedy Zosia miała czterdzieści stopni gorączki. Jakby mogły nosić Mateusza na rękach, kiedy płakał za matką, której nie pamięta. Jakby mogły oddać mi siły w kolanach.
Tomasz usiadł naprzeciwko niej.
– Nie wiem, jak ci to wynagrodzić.
– Nie wynagrodzisz.
Powiedziała to spokojnie.
Bez okrucieństwa.
– Możesz tylko nie zmarnować tego, co jeszcze zostało.
Zaczął od rzeczy prostych.
Naprawił dach.
Nie z ekipą z miasta, która przyjechałaby zrobić pokaz.
Sam wspinał się z miejscowymi na drabinę, podawał materiały, uczył się od ludzi, którzy pamiętali go jako chłopaka biegającego po tej drodze.
Zapłacił długi Carmen.
Ale nie rzucił pieniędzy wierzycielowi w twarz, choć miał na to ochotę.
Zrobił to przez prawnika, legalnie, z pokwitowaniem, żeby nikt już nigdy nie przyszedł pod drzwi i nie straszył starej kobiety.
Zabrał matkę do lekarza.
Diagnoza była gorsza, niż chciał słyszeć: zaawansowane problemy z sercem, zniszczone stawy, niedobory, lata zaniedbań.
Lekarz zapytał:
– Dlaczego pani tak długo nie leczyła?
Carmen uśmiechnęła się słabo.
– Bo dzieci rosły szybciej niż moja choroba.
Tomasz wyszedł na korytarz i rozpłakał się przy automacie z kawą.
Zosia znalazła go tam.
Nie przytuliła.
Nie od razu.
Stanęła obok i powiedziała:
– Babcia nie lubi, jak ktoś płacze przy lekarzach. Mówi, że potem im się wydaje, że mogą mówić jeszcze gorsze rzeczy.
Tomasz parsknął przez łzy.
– Będę pamiętał.