Następnego ranka obudziłam się z oczami otwartymi.
Nie od razu.
Najpierw nasłuchiwałam.
Przez ostatnie trzy miesiące słuch był moim jedynym sposobem trzymania się świata. Teraz, gdy znów widziałam, każde skrzypnięcie deski, każdy krok za drzwiami, każdy szept nabrał nowego znaczenia.
Nie byłam już pacjentką.
Byłam więźniem, który właśnie odzyskał mapę celi.
Kobieta udająca moją matkę weszła o dziewiątej.
Tym razem niosła herbatę i mały talerzyk z tostami. Uśmiechała się za szeroko.
– Dzień dobry, córeczko. Jak oczy?
Moje serce zamarło, ale twarz zostawiłam pustą.
– Tak samo. Ciemno.
Przyglądała mi się przez chwilę.
– Biedactwo.
Nie potrafię opisać obrzydzenia, jakie poczułam, gdy to powiedziała głosem mojej matki.
Udałam, że szukam dłonią kubka. Pozwoliłam, żeby palce minęły go o kilka centymetrów. Kobieta natychmiast przesunęła go bliżej.
– Ostrożnie.
– Dziękuję, mamo.
To słowo ledwo przeszło mi przez gardło.
Po śniadaniu przyszedł Adam.
Ubrany inaczej niż zwykle. Nie w dres, który nosił podczas tych miesięcy opieki, tylko w białą koszulę i granatową marynarkę. Pachniał perfumami, których używał, kiedy miał ważne spotkania.
– Kochanie – powiedział, siadając obok mnie. – Dzisiaj wpadnie notariusz.
Udawałam zaskoczenie.
– Notariusz?
– Tylko formalność. Lekarz mówił, że twoja rehabilitacja może jeszcze potrwać. Muszę mieć pełnomocnictwo, żeby zarządzać sprawami za ciebie.
– Jakimi sprawami?
Poczułam, jak jego dłoń kładzie się na mojej.
– Nie martw się tym teraz.
Kiedyś te słowa brzmiałyby troskliwie.
Dziś były jak zamknięte drzwi.
– Ale ja chcę wiedzieć.
Jego palce zacisnęły się odrobinę mocniej.
– Ela, ledwo funkcjonujesz. Nie widzisz. Męczysz się po kilku krokach. To tylko dokument, który pozwoli mi cię chronić.
Chronić.
Przed kim?
Przed moimi prawdziwymi rodzicami?
Przed prawdą?
Przed sobą?
– Dobrze – powiedziałam cicho. – Jeśli uważasz, że trzeba.
Uśmiechnął się.
Myślał, że wygrał.
A ja dopiero zaczynałam.
Kiedy wyszedł, odczekałam kilka minut i podeszłam do drzwi. Wzrok miałam już trochę ostrzejszy. Nadal rozmyty na krawędziach, ale wystarczający, żeby zobaczyć korytarz.
Dom nie był pusty.
Obcy mężczyzna udający ojca rozmawiał przez telefon przy schodach.
– Tak, dziś podpisze – mówił cicho, ale wyraźnie. – Ona nic nie podejrzewa. Chłopak dobrze to rozegrał.
Chłopak.
Adam.
– A starzy? – zapytał po chwili.
Serce przestało mi bić.
Starzy.
Moi rodzice.
– Dopóki siedzą tam, gdzie siedzą, nie ma problemu. Po podpisie i tak nikt im nie uwierzy.
Musiałam oprzeć się o ścianę, żeby nie upaść.
Żyli.
Moi rodzice żyli.
Nie wiedziałam gdzie. Nie wiedziałam, co im zrobili. Ale żyli.
I właśnie dlatego musiałam przestać być przerażoną córką.
Musiałam stać się kimś, kto przetrwa najbliższe kilka godzin.
Wróciłam do pokoju i zaczęłam szukać.
Nie chaotycznie. Po cichu.
Najpierw szuflady. Potem szafa. Pod materacem. Za obrazem. W łazience.
Znalazłam telefon dopiero za dolną deską szafki nocnej. Stary model, wyłączony, z pękniętym ekranem. Nie mój. Ktoś go tam schował.
Może osoba, która zostawiła kartkę.
Włączyłam go.
Bateria miała sześć procent.
Na ekranie nie było blokady.
W wiadomościach zapisany był jeden numer pod nazwą: „K”.
Ostatnia wysłana wiadomość:
„Jeśli odzyska wzrok, musi udawać. Adam planuje podpis. Rodzice są w starym pensjonacie.”
Odpowiedzi nie było.
Stary pensjonat.