Na wyświetlaczu pojawił się identyfikator dzwoniącego: Arthur Cell.
Powoli, z namysłem upiłem łyk kawy, odchrząknąłem i nacisnąłem zielony przycisk „Odbierz”. Włączyłem głośnik i odłożyłem telefon na blat.
„Cześć, Arthurze” – powiedziałam, a mój głos był niczym idealnie spokojna, lodowato spokojna otucha.
„MAYA! CO TO DO DIABŁA MA ZNACZYĆ?!”
Głos Arthura wybuchł z głośnika, donośnym, wściekłym rykiem, który odbił się echem w pustej, pozbawionej prądu kuchni po jego stronie linii.
„Gdzie są twoje meble?!” – ryknął Arthur, całkowicie ignorując fakt, że jego spisek kradzieży mojego domu został ujawniony. Jego arogancja po prostu nie pozwalała mu czuć wstydu, a jedynie oburzenie, że jego ofiara się broniła. „Dlaczego zgaszone światło?! Czemu nie leci woda?! Próbowałam spłukać toaletę i jest sucha! Zadzwoń do zakładu energetycznego i natychmiast włączcie prąd! Właśnie jechaliśmy cztery godziny!”
„Nie płacę rachunków za media za nieruchomości mieszkalne, których osobiście nie zajmuję, Arthurze” – odpowiedziałam płynnie, opierając się o kuchenny blat. „I z pewnością nie zostawiam moich drogich, robionych na zamówienie mebli lokatorom, którzy planują na stałe zamieszkać w mojej głównej sypialni”.
„Jesteśmy twoimi rodzicami!” wrzasnęła Helen, wyrywając telefon Arthurowi. Jej głos był piskliwy, wysoki i drżący od mieszaniny wściekłości i absolutnej, narastającej paniki. „Ty psychotyczna, niewdzięczna dziewczyno! Jak mogłaś nam to zrobić?! Nie mamy absolutnie nic! Sprzedaliśmy nasz dom! Oddaliśmy wszystko twojej siostrze! Potrzebujemy noclegu na noc!”
„I hojnie ci go zaoferowałem” – odpowiedziałem spokojnie, zupełnie niewzruszony jej histerycznymi łzami. „Za 3500 dolarów miesięcznie. To niezwykle konkurencyjna cena jak na tę konkretną okolicę, Helen. Jest tam mnóstwo naturalnego światła, dokładnie tak, jak chciałaś. Ale skoro właśnie oddałaś cały swój płynny kapitał Chloe, żeby sfinansować jej upadły warsztat, gorąco sugeruję, żebyś zamiast tego przenocowała w jej pokoju gościnnym”.
Zatrzymałam się, pozwalając, by w moim głosie zabrzmiał zimny, mroczny uśmiech.
„Och, czekaj” – powiedziałam cicho. „Zapomniałam. Chloe mieszka teraz w czteropokojowym mieszkaniu o powierzchni pięćdziesięciu metrów kwadratowych w centrum miasta. Nie ma pokoju gościnnego. Ani sofy, pewnie”.
„Szantażujesz nas!” – krzyknął Arthur, odbierając telefon. „Jesteś nam winna za to, że cię wychowaliśmy! Jesteś nam winna za to, że cię ubraliśmy! Nie możesz tak traktować własnej krwi! Włącz zasilanie, albo przysięgam na Boga, Mayo…”
„Nie jesteś mi nic winna” – przerwałam, a mój głos całkowicie stracił uprzejmość, zmieniając się w przerażające, absolutne zero.
Cisza po ich stronie linii zapadła natychmiast.