Kiedy Camille otworzyła białą kopertę i odkryła, że w obecności siedmiorga innych dzieci obładowanych prezentami dostała prostą kartkę papieru z napisem „Życie nie zawsze jest sprawiedliwe”, jej ciotka Sophie wybuchnęła śmiechem i zapytała ją, jak to jest być najmniej kochaną wnuczką.
11-letnia dziewczynka stała nieruchomo pośrodku salonu.
Wokół niej pastelowe balony unosiły się z sufitu, rozerwane opakowania tworzyły górę błyszczącego papieru, a duży baner głosił: „Dla naszych wspaniałych wnucząt”.
Hélène Beaumont sama zorganizowała to przyjęcie w swoim domu w Olivet, niedaleko Orleanu. Nazwała je „Dniem Wnuka” – rodzinną tradycją, którą, jak twierdziła, wymyśliła, by tworzyć wspomnienia.
W tę niedzielę dzieci Sophie otrzymały konsolę do gier, tablet graficzny i ogromny zamek z klocków. Dwaj synowie Mathieu, brat Élodie, odkryli w garażu nowe rowery. Nawet córka kuzynki, która przyjechała tylko na weekend, dostała pluszowego zwierzaka niemal tak dużego jak ona.
Camille tymczasem trzymała kopertę w drżących palcach.
Niska jak na swój wiek, z brązowymi włosami zaczesanymi za uszy, miała ostrożny uśmiech dzieci, które już zrozumiały, że po niektórych ludziach lepiej niczego nie oczekiwać.
Przeczytała wiadomość jeszcze raz, jakby drugie czytanie mogło zmienić jej znaczenie.
Potem spojrzała na matkę.
Élodie Beaumont poczuła, jak coś ją rozdziera w piersi. Jednak nie krzyczała. Nie płakała. Delikatnie wzięła kartkę z rąk córki i złożyła ją na pół.
Antoine, jej mąż, wstał tak gwałtownie, że jego krzesło zaszurało o podłogę.
„Zwariowałaś kompletnie”.
Élodie uniosła rękę, żeby ją powstrzymać.
Potem się uśmiechnęła.
Ten uśmiech wcale nie był radosny. Przypominał uśmiech kogoś, kto po latach znoszenia tego samego bólu w końcu słyszy, jak zamek puszcza.
Sophie odchyliła się na sofie, zadowolona z efektu, jaki wywarła.
„Och, daj spokój. To żart. Camille musi się nauczyć, że nie wszyscy zawsze dostają to samo”.
„Nie to jej powiedziałaś” – odparła Élodie.