Sąsiadka krzyczała na mnie, że z mojego domu codziennie dochodzą krzyki, ale mieszkałam sama i pracowałam od ósmej do szóstej. Następnego dnia udawałam, że wychodzę, wróciłam tylnym wejściem i schowałam się pod łóżkiem.
Tuż po południu ktoś wszedł z kluczem.
Ta osoba przeszła przez mój dom, jakby była moją własnością.
Zamknęłam oczy, żeby nie oddychać zbyt ciężko.
Drzwi do mojej sypialni się otworzyły.
A głos dochodzący z głośnika przeszył mnie chłodem.
Nazywam się Claire Moreau, mam trzydzieści dziewięć lat i do tego czwartku wierzyłam, że zmarli pozostają martwi.
Mój mąż, Julien, zmarł dwa lata wcześniej.
Wypadek na autostradzie A6, niedaleko Fontainebleau.
Telefon o trzeciej nad ranem.
Zwłoki, których ledwo mogłam zobaczyć.
Trumna zamknęła się zbyt szybko.
Białe kwiaty.
Ludzie mnie przytulali, powtarzając, że muszę być silna.
Od tamtej pory mieszkałam sama w małym domu na końcu cichej ślepej uliczki w Antony, w departamencie Hauts-de-Seine.
Dom nie był duży, ale miał mały ogródek, niebieskie okiennice, glicynię pnącą się po murze i ten zapach starego drewna, który zawsze uwielbiałam.
Pracowałam w firmie ubezpieczeniowej w La Défense. Wychodziłam przed ósmą i wracałam, gdy niebo było już szare, nawet latem. Mój dzień był prosty: kawa popijana na stojąco, zatłoczony pociąg RER B, biuro, akta, wściekli klienci, powrót do komunikacji miejskiej, zimna zupa i cisza.
Cisza, która była zbyt głęboka.
A przynajmniej tak mi się zdawało.
W tamten czwartek, kiedy wysiadłam z samochodu, Madame Garnier czekała na mnie, przyciśnięta do bramy.
Miała siedemdziesiąt dwa lata, krótkie włosy zawsze perfekcyjnie ułożone, beżowy kardigan nawet w upały i wygląd kobiety, która widziała już wystarczająco dużo kłamstw, by przestać udawać uprzejmość.
Skrzyżowała ramiona.
„Claire, wystarczy”.
Delikatnie zamknęłam drzwi samochodu.
„Dobry wieczór, pani Garnier. Czy jest jakiś problem?”
„Tak. W pani domu jest za głośno w ciągu dnia”.
Zaśmiałam się cicho i zmęczyłam.
„W moim domu?”
„Tak, w pani domu”.
„To niemożliwe. Nigdy mnie tu nie ma”.
Nie uśmiechnęła się.
„To wyjaśnij te krzyki”.
Słowa spadły między nas jak kamień.
„Jakie krzyki?”
Pani Garnier spojrzała na moje drzwi wejściowe, a potem na mnie.
„Kobiecy krzyk. Prawie codziennie. Nie taki, jaki słyszysz w telewizji. Nie normalne kłótnie. Krzyki, jakby ktoś błagał”.
Poczułam ucisk w żołądku.
„Chyba się mylisz. Może dochodzi z domu za mną”.
„Claire, jestem stara, nie głucha”.
Spojrzałam na drzwi wejściowe.
Zamknięte.
Nieuszkodzone.
Normalne.
Jak każdej nocy.
„Nikogo nie ma w domu” – mruknęłam.
„Właśnie to mnie martwi”.
Wszłam do środka, próbując przekonać samą siebie, że przesadza.
Obejrzałam każdy pokój.
Salon.
Kuchnię.
Łazienkę.
Schowek pod schodami.
Mały pokój, w którym Julien przechowywał swoje pudła z dokumentami przed śmiercią.
Strych.
Nawet pralnia, w której wciąż trzymałam jego stary szary płaszcz, bo nigdy nie miałam odwagi go oddać.
Nic.
Żadnych wyważonych okien.
Żadnych otwartych szuflad.
Żadnych skradzionych pieniędzy.
Żadnych śladów błota.
Żadnych obcych zapachów.
Żadnych cieni.
Ale tej nocy prawie nie spałam.
Każde skrzypnięcie desek podłogowych zmuszało mnie do otwierania oczu.
O drugiej w nocy zdawało mi się, że słyszę oddech w korytarzu.
Zapaliłam lampę.
Nic.
O czwartej włączył się podgrzewacz wody i o mało nie krzyknęłam.
Usiadłam na łóżku, podciągając kolana do piersi i wpatrując się w zdjęcie Juliena na mojej szafce nocnej.
Uśmiechał się w nim.
Ta sama czułość w jego oczach, która sprawiła, że się w nim zakochałam.
„Szaleję” – wyszeptałam.
Ale rano, robiąc kawę, zobaczyłam coś, czego nie było tam dzień wcześniej.
Czysty kubek na suszarce.