Nie myłam go.
Nie używałam go.
To był ulubiony kubek Juliena.
Biały, z małym pęknięciem przy uchu i częściowo zatartym napisem „Bretania 2017”.
Łyżeczka wyślizgnęła mi się z palców.
Tego dnia nie poszłam do pracy.
No cóż, udawałam, że idę.
Dokładnie o ósmej wzięłam torbę, zamknęłam drzwi, jak zwykle przywitałam się z Madame Garnier i odpaliłam samochód.
Pojechałam na koniec ulicy.
Potem zaparkowałam samochód w pobliżu piekarni, odczekałam kilka minut i wróciłam małym przejściem za ogrodami.
Kluczyki mocno ściskałam w pięści.
Serce waliło mi tak mocno, że słyszałam je w uszach.
Przeszłam przez furtkę ogrodową.
Po cichu.
W domu unosił się zapach lawendy i dawnego strachu, strachu, który zdawał się w nim mieszkać od zawsze.
Ściany.
Poszłam prosto do swojego pokoju.
Nie wiedziałam, czego się spodziewać.
Złodzieja.
Kobietę w ukryciu.
Kwatermistrza.
Złapane zwierzę.
Coś prostego.
Coś, co dałoby się wyjaśnić raportem policyjnym, ślusarzem i dwoma policjantami.
Wślizgnęłam się pod łóżko.
Deski podłogowe były zimne pod moim policzkiem. Był tam kurz, stary kolczyk, którego szukałam od miesięcy, i złożone zdjęcie, którego nie pamiętałam.
Nie odważyłam się go podnieść.
Nie mogłam się ruszyć.
Telefon trzymałam w dłoni, gotowa do wykręcenia numeru 17.
Minęła godzina.
Potem druga.
Lodówka brzęczała.
Na ulicy, przed piekarnią, zahamował samochód dostawczy.
Pani Garnier otworzyła okiennice.
Zza żywopłotu długo szczekał pies.
Nic.
Po chwili poczułem się idiotycznie.
Wtedy, tuż po południu, zamek w drzwiach wejściowych się przekręcił.
Powoli.
Kluczem.
Zaschło mi w ustach.
Ktoś wszedł.
Ta osoba niczego nie robiła na siłę.
Nie wahała się.
Cicho zamknęła drzwi i przeszła przez salon z przerażającą pewnością siebie, jakby znała każdy mebel, każdy kąt, każdą ciszę.
Usłyszałem otwieranie szafki.
Potem leciała woda.
Potem dźwięk stawianej na blacie szklanki.
Kobieta nalała sobie drinka.
Zaczęły mi drżeć ręce.
Kroki zbliżyły się do korytarza.
Szpilki.
Kobieta.
Zatrzymała się przed moim pokojem.
Drzwi otworzyły się z cichym skrzypnięciem.
Spod łóżka zobaczyłem najpierw jej czarne buty.
Potem dół eleganckich spodni.
Potem czerwona torba rzucona na krzesło, gdzie Julien kładł koszule.
Kobieta westchnęła.
„Zostawiłaś wszystko dokładnie tak samo” – mruknęła.
Zaparło mi dech w piersiach.
Wyjęła telefon.
Wybrała numer.
Przełączyła na tryb głośnomówiący.
Ścisnęłam swój telefon tak mocno, że ekran rozświetlił się na mojej dłoni.
Kobieta powiedziała cicho:
„Jestem w środku”.
Zapadła cisza.
Potem odezwał się głos z głośnika.
Głos, który uciszyłam dwa lata wcześniej.
„Czy Claire coś podejrzewa?”
Poczułam, jak krew w żyłach zamienia mi się w lód.
To był Julien.
Mój zmarły mąż.
Kobieta podeszła do łóżka.
Jej obcasy zatrzymały się kilka centymetrów od mojej twarzy.
„Tak” – powiedziała. „A najgorsze jest to, że mogła nawet nie pójść dzisiaj do pracy”.
Julien szepnął po drugiej stronie słuchawki.
Potem powiedział coś, co uświadomiło mi, że cały mój żal był kłamstwem.
CZĘŚĆ 2
Potem powiedział coś, co uświadomiło mi, że cały mój żal był kłamstwem.
„Więc użyj nagrania” – powiedział Julien. „Tego z jego głosem. Jeśli nie wierzy w duchy, pomyśli, że traci rozum”.
Podłoga pode mną robiła się lodowato zimna.
Kobieta stała nieruchomo przy łóżku.
„Nie mówiłeś mi, że może tu dzisiaj być”.
„Zawsze pracuje” – odpowiedział Julien. „Zawsze. Wychodzi wcześnie, wraca wyczerpana i wierzy we wszystko, co jej powiedziano”.
Serce waliło mi tak mocno, że myślałam, że je usłyszą.
Kobieta otworzyła moją szafę.
Przesunęła kilka wieszaków.
Wyjęła pudełko.
Potem podeszła do stolika nocnego i podniosła zdjęcie Juliena.
„Biedna kobieta” – mruknęła. „Dwa lata opłakiwała mężczyznę, który słuchał jej szlochu z własnego domu”.
Julien zaśmiał się do słuchawki.
Zagryzłam pięść, żeby nie krzyczeć.
To nie była halucynacja.
To nie był smutek.
Mój mąż żył.
A ktoś wchodził do mojego domu z kluczem.
„Spójrz za lustro” – rozkazał Julien. „Musiała tam zostawić umowę”.
Kobieta podeszła do toaletki.
Z mojej kryjówki ledwo widziałam jej kostki i lśniącą skórę butów. Otwierała szuflady, przewracała moje flakony perfum i grzebała w listach kondolencyjnych, których nigdy nie udało mi się wyrzucić.
„Nic tam nie ma”.
„A potem pod materacem”.
Krew uderzyła mi do głowy.