Część 2: Nie mogli sobie wyobrazić, co się wydarzy… I ja też nie, szczerze mówiąc.
Myślałam, że padnę w samochodzie z Mateo tulącym mnie do siebie. Myślałam, że będę płakać, krzyczeć, błagać niebiosa, żeby oddały mi pięć straconych lat. Ale kiedy mój syn zwinął się na tylnym siedzeniu, owinięty moją kurtką, z oczami utkwionymi w domu, jakby czekał, aż ktoś po niego przyjdzie, nie miałam już prawa się omdlewać.
Uspokoiłam się.
Strasznie uspokoiłam.
Pojechałam do najbliższego szpitala. Mateo nic nie mówił. Trzymał mój rękaw w brudnych palcach, ale gdy tylko podeszła pielęgniarka, cofnął się jak zranione zwierzę. Miał stare siniaki, nowsze ślady i otarcia na szyi. Lekarz spojrzał na mnie po badaniu i nie musiał wiele mówić.
„Proszę pani, musi pani to natychmiast zgłosić”.
„Zrób to” – odpowiedziałam. „Natychmiast”.
Gdy przyjechała opieka społeczna, zadzwoniłam do Lucíi, mojej byłej asystentki w firmie. Jedynej osobie, której powierzyłam przed odejściem zapieczętowaną teczkę zawierającą akty własności, ograniczone pełnomocnictwa i, co najważniejsze, klauzulę, o której Ricardo nie wiedział: gdyby próbował ogłosić mnie zaginioną bez oficjalnej zgody państwa, wszystkie jego uprawnienia w firmie zostałyby automatycznie zawieszone.