Lucía odpowiedziała, szlochając.
„Pani Mariano… żyje pani?” To słowo mnie sparaliżowało.
„Żyje”.
Więc powiedzieli coś jeszcze.
„Tak. I wrócę. Zadzwoń do prawnika moich rodziców. Powiedz mu, żeby otworzył czerwoną teczkę”.
Zapadła cisza, a potem jego głos się zmienił. „Zachowałem ją. I zachowałem kopie przelewów, o których zmianę prosił mnie pan Ricardo”.
Zamknęłam oczy.
No i już.
Pierwsze kłamstwo zniknęło.
Następnego ranka Ricardo przyjechał do szpitala z Doñą Elvirą. Nadal miał na sobie markową koszulę, ale jego ubezpieczenie zostało anulowane. Camili nie było. Dziecka też nie.
„Mariana, możemy to załatwić w rodzinie” – powiedział.
Wstałam cicho.
„Nie ma takiej rodziny, w której dziecko jest skuwane łańcuchami” – chciała przemówić Doña Elvira.
„To maleństwo było niebezpieczne, musiało być…”
„Zamknij się” – przerwałam. Policjant stojący przy drzwiach zauważył coś. Ricardo to zauważył i zaczął się pocić.
W tym momencie Mateo obudził się w łóżku. Spojrzał na mnie, a potem zobaczył Ricarda. Jego drobne ciało nagle zesztywniało. Wydał z siebie ostry, niemal bezgłośny krzyk i schował się pod prześcieradłem.
Policjant nic więcej nie napisał.
Spojrzał na Ricarda.
A Ricardo spuścił wzrok.