Nie mogłam wydobyć z siebie głosu. Po prostu podałam mu telefon. Obserwowałam jego twarz, gdy go czytał. Jego wyraz twarzy nie zmienił się w litość, ale widziałam, jak zaciska szczękę, aż kość była widoczna. Oddał mi telefon, a jego milczenie było silniejsze niż jakiekolwiek przekleństwo.
„Możesz przełożyć?” zapytał.
„Dr Herrera powiedział, że tempo wzrostu jest zbyt wysokie. Nie mogę się doczekać”.
„W takim razie wejdź” – powiedział Mark głosem jak z żelaza. „Wejdź, obudzisz się i uświadomisz sobie, że śmieci w końcu same się wyniosły”.
O 7:45 rano przybył sanitariusz z…
nosze. Siedziałam na skraju łóżka, oczy miałam podkrążone, a gorycz w ustach smakowała jak miedź. Spojrzałam na Marka, którego również przygotowywano do drobnego zabiegu. Wyglądał tak przyzwoicie, tak mocno zakorzenionego.
Z gardła wyrwał mi się dziki, zgrzytliwy śmiech. „Jesteś taki przyzwoicie” – powiedziałam, ironia mnie zabolała. „Nie taki jak on. Jeśli to przeżyję, Marku Grancie, może powinniśmy się po prostu pobrać i na tym zakończyć.”
To był gorzki żart, mechanizm obronny, mający wywołać uprzejmy uśmiech albo „skup się tylko na powrocie do zdrowia”.
Mark zamilkł. Patrzył na mnie przez długą, nieruchomą chwilę. Nie uśmiechnął się. Nie żartował.
„Dobrze” – powiedział.
„Serio?” – wyjąkałam.
„Dobrze” – powtórzył, składając prostą, uroczystą przysięgę.
Cliffhanger: Zanim zdążyłam zapytać, czy oszalał, nosze zaczęły się toczyć. Podwójne drzwi skrzydła chirurgicznego pochłonęły mnie, a ostatnią rzeczą, jaką zobaczyłam, był Mark Grant kiwający głową, jakbyśmy właśnie podpisali kontrakt krwawą śmietanką.
Rozdział 5: Zapach rosołu
Ciemność nadeszła jak śnieg – miękka, stłumiona i absolutna.
Obudziłam się z tępym, głębokim bólem brzucha, uczuciem, że moje własne ciało jest mi obce. Otworzyłam oczy i zobaczyłam pęknięcie w suficie w kształcie rzeki. Żyłam. Sama ogromność tej myśli sprawiła, że chciało mi się płakać. Wdech. Wydech. To był dobry ból. Ból żywych.
Pojawiła się Brenda Sanchez, jej twarz była maską autentycznej ulgi. „Wróciłaś, Jessico. Dr Herrera był bez zarzutu. Wszystko zostało usunięte. I” – przerwała, a jej głos zniżył się do szeptu – „twoje narządy rozrodcze zostały zachowane. Nadal możesz mieć dzieci, kochanie”.
Zamknęłam oczy, a ciepła fala ulgi spłynęła mi od piersi aż po palce u stóp.