Spojrzałam na sąsiednie łóżko. Marka przywieziono wcześniej. Wpatrywał się w szare listopadowe niebo, ale kiedy wjechał mój wózek, odwrócił głowę.
„Żyje?” zapytał.
„Żyje” odpowiedziałam.
„Dobrze” powiedział. W tym „dobrze” nie było nic z niczego. To było stwierdzenie faktu.
Przez kolejne trzy dni Mark stał się moją cichą kotwicą. Nie krążył. Nie okazywał tej mdłej troski, która czyni opiekunkę bohaterką tej historii. Po prostu był. Trzeciego dnia weszła pielęgniarka o imieniu Nicole – kobieta z błyszczącym manicure i głosem jak piła do metalu.
„Twój mąż dzwonił do recepcji” powiedziała, a jej wzrok był raczej oceniający niż życzliwy. „Powiedział, że zabiera resztę swoich rzeczy z mieszkania i że nie powinnaś próbować się z nim kontaktować”.
Po prostu skinęłam głową. „Dobrze”.
Mark odłożył książkę. „Znasz swojego męża” – stwierdził. To nie było pytanie.
Tego popołudnia Brenda przyszła na moje zastrzyki. Spojrzała na mnie, potem na Marka, a potem znowu na mnie konspiracyjnym szeptem. „Jessica, czy ty naprawdę wiesz, kto leży obok ciebie w łóżku?”
„Pan Grant” – powiedziałam.