Znałam to miasto na pamięć. Byłam córką tej ziemi, kobietą, która przez dekadę uczyła w drugiej klasie szkoły podstawowej. Znałam każdą szczelinę w chodniku, każdy ukryty ogródek na podwórku. Ale dziś, patrząc przez szybę, poczułam zimne ukłucie pożegnania. Nie było ono teatralne ani głośne; było to ciche, spokojne oderwanie. A co, jeśli to była ostatnia wizyta?
Chirurg, dr Louis Herrera, był człowiekiem o przerażającej szczerości. Nie próbował mnie przestraszyć, ale odrzucił pocieszenie pustymi frazesami. „Guz jest łagodny, Jessico” – powiedział, patrząc mi w oczy z bezpośredniością, którą szanowałam. „Ale operacja to uraz fizyczny. Istnieje ryzyko. Powikłania po znieczuleniu, zmienne pooperacyjne… musimy być przygotowani”.
W tamtej chwili, z desperacką, dziecinną cząstką duszy, pragnęłam, żeby choć trochę skłamał.
Co ciekawe, kiedy ciężar diagnozy w końcu zszedł mi pod skórę, moją pierwszą myślą nie był Evan Morris, mój mąż od ośmiu lat. Pomyślałam o mojej klasie. Pomyślałam o Benie, który w końcu pokonał jąkanie i zaczął czytać z melodyjną płynnością. Pomyślałam o Paige, której sznurowadła były wiecznie rozwiązane, a język tak ostry, że mógł ciąć szkło. Pomyślałam o małej Dany, która cały wrzesień płakała pod drzwiami, a teraz wpadała do pokoju każdego ranka niczym zdobywca.
Zastanawiałam się, kto im wytłumaczy niuanse czasów gramatycznych. Zastanawiałam się, kto będzie czekał na Dany’ego pod drzwiami. To, że myślałam o nich, a nie o mężczyźnie, z którym dzieliłam łóżko, mówiło wszystko o moim małżeństwie. Prawdopodobnie mówiło za dużo.