Mariana pozostała nieruchoma.
l.
Stary ból przemknął mu przez twarz. Nie trwał długo, ale Alejandro to dostrzegł.
Pogłaskała chłopca po włosach.
„Nie, kochanie. Jestem ciotką Marianą”.
Nico westchnął i znowu zasnął.
Alejandro milczał.
Nagle cała noc się zmieniła. To już nie była zwykła, głupia randka. W sposobie, w jaki Mariana trzymała tego chłopaka, w cieniach pod oczami, w wyczerpaniu, które zamieniała w żart, żeby nie załamać się, kryła się jakaś historia.
„Dziękuję, że nie uciekłeś” – powiedziała, zamykając drzwi samochodu.
Alejandro się uśmiechnął.
„Pomyślałem o tym samym”.
Zaśmiała się, tym razem bez skrępowania.
Alejandro powiedział sobie, że zaprosi ją ponownie na normalną randkę.
Na drugiej randce również był Nico.
Na trzeciej też.
Przy czwartej przestał udawać zaskoczenie.
„Przysięgam, że nie próbuję przyprowadzić opiekuna” – powtarzała Mariana za każdym razem.
Alejandro patrzył na Nico, który zazwyczaj przychodził z Donem Mordelónem w jednej ręce i ciasteczkiem w drugiej.
„Jest ciekawszy niż wielu dorosłych, których znam”.
Nico przyjął to za fakt naukowy. Od drugiej randki przestał nazywać go Alejandro i zmienił imię na:
„Pan Błyszczące Buty”.
„Ma na imię Alejandro” – poprawiała go Mariana.
„Nie. Jego buty się błyszczą”.
Alejandro spuścił wzrok.
„Trochę się błyszczą”.
„Widzisz?” – powiedział Nico.
I to przezwisko się przyjęło.
Ich randki stały się mieszanką romansu, chaosu i życia realnego. Kawa w Parque México, podczas gdy Nico zjeżdżał z tej samej zjeżdżalni 37 razy. Kolacja w małej restauracji, gdzie stwierdził, że groszek to „małe kulki smutku”. Księgarnia, w której Mariana czytała mu bajkę o dinozaurach na pięć różnych głosów, a Alejandro patrzył na nią, jakby odkrył nowy sposób rozumienia czułości.
Zawsze była zmęczona.
Zauważył to. Sposób, w jaki powoli mrugała, siadając. Batony zbożowe ukryte we wszystkich jej kieszeniach. Telefon komórkowy, który nerwowo sprawdzała za każdym razem, gdy wibrował, jakby zawsze spodziewała się złych wiadomości.
Pracowała w szkole rano, a trzy wieczory w tygodniu opiekowała się dziećmi w ośrodku kultury, żeby dorobić do czynszu.
„Kiedy odpoczywasz?” zapytał Alejandro pewnego popołudnia.
„Czasami na światłach”.
Myślał, że żartuje, dopóki nie zobaczył, jak zamknęła oczy na sześć sekund na znaku stop na División del Norte.
Kiedy Alejandro po raz pierwszy sam opiekował się Nico, zrozumiał skalę huraganu.
Mariana miała pilne spotkanie w szkole i nie mogła znaleźć nikogo, kto by się nim zajął. Alejandro zaproponował swoje mieszkanie w Polanco, przekonany, że poradzi sobie z dzieckiem przez dwie godziny.
Po 20 minutach sprawy zaczęły się komplikować.
Nico zamienił poduszki z sofy w szpital dla dinozaurów, użył trzech łyżek jako narzędzi chirurgicznych, zawiązał krawat Alejandro wokół Dona Mordelona (przezwiska Nico) i nałożył pastę do zębów na golden retrievera sąsiada, bo, jak twierdził, „wojownik potrzebuje pręg bojowych”.
Potem zgubił but.
Alejandro szukał pod sofą, w lodówce, za toaletą i w doniczce.
„Dorośli panikują jak szaleni” – skomentował Nico, siedząc na podłodze.
Ostateczna tragedia wydarzyła się, gdy Alejandro wyszedł na korytarz, żeby oddać psa. Nico zamknął drzwi. Automatyczny zamek się włączył.
„Nico, otwórz”.
„Nie mogę”.
„Dlaczego?”
„Gotuję zupę”.
Alejandro zamknął oczy.
„Jaką zupę?”
„Zupę zbożową”.
Kiedy Mariana przyjechała, zastała Alejandra siedzącego na podłodze w korytarzu obok psa pachnącego miętą, podczas gdy Nico śpiewał w mieszkaniu.
Spojrzała na niego. Spojrzała na psa. Spojrzała na drzwi.
I śmiała się do rozpuku.
„Teraz rozumiem” – powiedział Alejandro uroczyście.
„Co rozumiesz?”
„Dlaczego jesteś zmęczony?”
Śmiech Mariany ucichł. W tej chwili coś między nimi się zmieniło. To nie była namiętność. To było rozpoznanie. Uczucie, że ktoś widział cały ten bałagan i nie uciekł.
Ale nie wszyscy tak to postrzegali.
Matka Alejandra, Doña Regina Montes, zauważyła Marianę na zdjęciu z imprezy charytatywnej. Mariana była w tle, śmiejąc się z Nico w ramionach. Następnego dnia zaprosiła syna na lunch.
Doña Regina nie marnowała słów. Nosiła perły mądrości jak zbroję i zadawała pytania, jakby przesłuchiwała przyszłość.
„Ma dziecko”.
„Wychowuje siostrzeńca”.
„A ty się z nią spotykasz?”
„Poznaję ją”.
„Tak mówią mężczyźni, kiedy im się naprawdę podoba”.
Alejandro odłożył widelec.
„Ona nie jest projektem, mamo”.
„To nie traktuj jej tak”.
To zdanie go zirytowało, bo trafiło w czuły punkt.
„Nie jestem”.
„Jesteś zakochana?”
Alejandro wyjrzał przez okno. Nie odpowiedział.
W międzyczasie Nico zaczął gromadzić historie dla siebie. W szkole mawiał:
„Nie mów jeszcze Panu Błyszczącym Butom”.