Następnego ranka Diego odprowadził ją na lotnisko.
Nie obiecali czekać.
Nie obiecali, że nic się nie zmieni.
Tuż przed przejściem kontroli bezpieczeństwa, Diego powiedział:
„Niech te dziewięć miesięcy będzie tego warte”.
Skinęła głową.
„Właśnie to zamierzam zrobić”.
I odszedł.
Dziewięć miesięcy wystarczyło, by przekształcić firmę.
Wystarczyło też, by Elena zapomniała o ważnych twarzach.
I by dwoje ludzi odkryło, czy to, co nazywali miłością, przetrwa, gdy bycie razem przestanie być łatwe.
CZĘŚĆ 3
Na początku próbowali organizować wideorozmowy.
Nie udało im się.
Więc przestali organizować czas na odległość.
Mariana dzwoniła z taksówki po 12-godzinnych dniach pracy.
Diego przysyłał nagrania fortepianowe po zamknięciu sali, w której grał.
W trzecim miesiącu Mariana wróciła w jeden weekend.
Elena nie mogła sobie przypomnieć jej imienia.
„Czy przyjaźnisz się z Diego?”
Pytanie ją zabolało.
Mariana się uśmiechnęła.
„Mam nadzieję, że całkiem nieźle”.
Elenę pokiwała głową.
„Dobrze. Potrzebuje przyjaciół”.
Mariana nigdy nie zapytała:
„Nie pamiętasz mnie?”
Rozumiała, że uczucie nie może wymagać testów pamięci.
W piątym miesiącu wróciła.
Tym razem Elena rozpoznała ją od razu.
„Te buty wciąż są okropne”.
Mariana śmiała się przez kilka minut.
Ale w Monterrey pojawił się nowy problem.
Projekt szedł aż za dobrze.
Firma chciała, żeby Monterrey było jej stałą siedzibą.
Inwestorzy poparli ten pomysł.
Z zawodowego punktu widzenia miało to sens.
Kiedy Mariana powiedziała Diego, spodziewała się, że powtórzy:
„Zostań”.
Nie został.
Zapytał tylko:
„Czego chcesz?”
Uniosła brew, patrząc na ekran.
„Czujesz się coraz lepiej”.
„Powoli”.
Po raz pierwszy Diego nie wybrał za nią.
A Mariana też nie chciała wybierać ze strachu.
W ósmym miesiącu podjęła nieoczekiwaną decyzję.
Zatrudniła dyrektora operacyjnego w Monterrey.
Biuro miało działać dalej.
Kontrakty również.
Ale Mariana zrozumiała, że jej firma nigdy nie będzie naprawdę silna, jeśli będzie musiała kontrolować każdą jej decyzję.
Ta sama kobieta, która próbowała przewidzieć każde spotkanie, próbowała również kontrolować każdy zakątek swojej firmy.
W końcu uczyła się odpuszczać bez poddawania się.
W pierwszy piątek dziewiątego miesiąca Diego grał na pianinie w małym hotelu w Guadalajarze.
Był w trakcie piosenki, kiedy spojrzał w stronę wejścia.
Jego dłonie o mało nie przegapiły akordu.
Mariana była tam.
Dżinsy.
Ciemny płaszcz.
I szare trampki Eleny.
Diego cudem dokończył piosenkę.
Potem podszedł do niej.
„Znam te buty”.
Mariana spuściła wzrok.
„Byłeś na zbyt wielu lotniskach”.
Diego przełknął ślinę.
„Co się teraz dzieje?”
Wiedziała, o co tak naprawdę pyta.
„Biuro w Monterrey zostaje”.
Wyraz twarzy Diego zbladł.
Potem Mariana kontynuowała:
„Ja też”.
Uniósł wzrok.
„Tutaj?”
„Guadalajara znów jest moją bazą. Będę regularnie podróżować, ale nie muszę już fizycznie być obecny przy każdej decyzji”.
„Nie zmarnowałaś okazji”.
„Nie”.
Mariana podeszła bliżej.
„Po prostu przestałam wierzyć, że żeby się rozwijać, muszę wszystko dźwigać sama”.
Diego zaczął się uśmiechać.
„Brzmi znajomo”.
„Uczyłem się od nieznośnie odpowiedzialnego mężczyzny”.
„Wydaje się genialne”.
„Wydaje się wyczerpujące”.
Przytulili się.
Dni później poszli razem odwiedzić Elenę.
Układała nuty przy oknie.
Zerknęła na Marianę, nie od razu jej zauważając.
Mariana się nie spieszyła.
„Cześć, Eleno”.
Kobieta spuściła wzrok.
Zwróciła uwagę na trampki.
„Są wygodne”.
Mariana poczuła gulę w gardle.
„Bardzo”.
Elenę wróciła do nut.
Po czym się zatrzymała.
„Gdzieś poszłaś”.
Diego stał nieruchomo w drzwiach.
„Tak” – odpowiedziała Mariana.
Elena ponownie podniosła wzrok.
„Znalazłeś drogę powrotną?”
Może pamiętała.
Może pamiętała tylko buty.
Może te słowa pojawiły się przypadkiem.
To nie miało znaczenia.
Mariana spojrzała na Diego.
Potem na Elenę.
„Tak”.
Uśmiechnęła się.
„Chyba tak”.
Sześć miesięcy później Mariana i Diego wciąż nie mieli idealnego życia.
Elena miała dobre i złe dni.
Niektórymi wieczorami Diego musiał opuszczać kolację, bo się bała.
Mariana często podróżowała.
Jej firma wciąż się rozrastała.
Kłócili się też.
Ale coś fundamentalnego się zmieniło.
Diego przestał wierzyć, że kochać oznacza umniejszać siebie, by nie stać się ciężarem.
Mariana przestała próbować zgadywać wszystkie zakończenia, zanim pozwoli czemuś się zacząć.
A Elena, nieświadomie, dała im najważniejszą lekcję.
Człowiek może potrzebować pomocy, nie tracąc przy tym godności.
Troska o kogoś nie oznacza zniknięcia w tej odpowiedzialności.
A kochanie kogoś nie oznacza proszenia go o rezygnację z rozwoju.
Rok po pierwszej randce wrócili do tej samej restauracji.
Elena im towarzyszyła.
„Dlaczego tu jestem?” zapytała.
Diego się uśmiechnął.
ió.
„Bo ty też przyszedłeś za pierwszym razem”.
Elena spojrzała na Marianę.
„Byłam na jej pierwszej randce?”
„Tak”.
„To nie brzmi zbyt romantycznie”.
Mariana zaczęła się śmiać.
„Było idealnie”.
Elena spojrzała na Diego.
„Spóźniłeś się?”
„31 minut”.
„Jakie to krępujące”.
„To wina twojej opiekunki”.
„Zawsze masz wymówkę”.
W trójkę się roześmiali.
Kelner podszedł.
Elena uniosła palec.
„Przede wszystkim… masz ciasto?”
Diego zamknął oczy.
Mariana wzięła go za rękę pod stołem.
I zrozumiała, że tamtej nocy, rok temu, nie znalazła takiego życia, jakie zawsze planowała.
Znalazła coś lepszego.
Życie, które robiło miejsce.
Na pracę.
Na muzykę.
Na starzejących się rodziców.
Na podróże.
Na wyczerpanie.
Na strach.
Na indywidualne decyzje.
I na powrót bez konieczności zatracania się, by zatrzymać przy sobie drugą osobę.
Ich pierwsza randka zaczęła się 31 minut później.
Ale może niektórzy ludzie przychodzą dokładnie wtedy, kiedy powinni.
Nawet gdy nie są sami.