— Alina, przyjdź do mnie jutro po pracy. To ważne.
Telefon zamilkł, nie dając jej chwili na odebranie.
Alina siedziała przy kuchennym stole, pochylona nad laptopem. Ekran rzucał jej w twarz zimne światło wykresów i grafów. Wpatrywała się w czarny ekran telefonu, na którym przed chwilą widniał napis „Lidia Arkadiewna”.
Lidia Arkadiewna nigdy nie mówiła tak formalnie. Zazwyczaj przeciągała słowa, cicho „Alinoczka”, wzdychała i pytała o ciśnienie krwi Iljuszyna lub jego zmęczenie. Teraz jednak brzmiało to tak, jakby dzwoniła nie do synowej, a do nieznajomego, z którym musiała omówić nieprzyjemną sprawę biznesową.
Alina próbowała wrócić do raportu: liczby się zacierały, linie były pomieszane. Termin zbliżał się, a wskaźniki w jej głowie nagle się zmieniły: „niebezpieczeństwo”, „rozmowa”, „coś się stało”.
Z pokoju dobiegł głos męża:
„Lin, za długo siedzisz. Chodźmy już spać, widziałeś, która godzina?”
Nie odpowiedziała od razu.
— Mam jeszcze godzinę. Muszę dokończyć liczenie.
Ilja coś mruknął, dźwięk gry na jego laptopie ucichł, a drzwi sypialni zatrzasnęły się. Alina została sama w kuchni, otoczona szumem powietrza z wentylacji i cichym tykaniem zegara.
Jutro po pracy. To ważne.
Przesunęła palcem po ekranie telefonu, jakby to miało jej pomóc przypomnieć sobie resztę zdania. Ale połączenie było krótkie jak cios. A powód – nieznany.
A gdy na zewnątrz zapadał zmrok, w jej wnętrzu rozciągnął się cienki pasek niepokoju: od splotu słonecznego przez gardło aż do skroni.
***
Następnego dnia automatycznie wykonała swoją zwykłą rutynę: prysznic, kawa, tramwaj, praca. Telefon wydawał się cięższy w torbie, jakby sam fakt rozmowy telefonicznej poprzedniego dnia dodał mu ciężaru.
Koleżanka z sąsiedniego wydziału spojrzała za krzesło:
— Alin, wyglądasz dziś trochę blado. Wszystko w porządku?
„Nic mi nie jest” – odpowiedziała, nie odrywając wzroku od monitora. „Po prostu za mało spałam”.
To „normalne” oznaczało: „nie pytaj”.
Wprowadzając poprawki do raportu, jej myśli wróciły do ostatnich kilku miesięcy. Po odejściu Ilji żyli w ciągłym trybie oszczędnościowym. Powiedział, że odejście to kwestia zasad, że nie da się pracować z takim szefem. Alina skinęła głową, zaoferowała wsparcie i zapewniła, że wszystko się ułoży.
Choć sytuacja nie spieszyła się z poprawą.
Media, zakupy spożywcze, transport – wszystkie te rachunki spadały na nią. A potem były przelewy do Lidiji Arkadiewnej: „na tabletki”, „na badania”, „w przychodni są kolejki, wolę iść do prywatnej”. Sama Alina zaoferowała pomoc, gdy po raz pierwszy ostrożnie poskarżyła się na swoją emeryturę i ceny.
Ilja siedział w domu, albo „uczęszczał na jakiś kurs online”, albo „szukał kontaktów”, albo „kończył CV”. Od czasu do czasu dorabiał sobie dorywczo – na przykład jako freelancer – ale nie wystarczało to nawet na połowę miesięcznego czynszu.
Wieczorem poszła do teściowej z małym bukiecikiem chryzantem w dłoniach – gest, który utrwalił się jej od pierwszych wizyt.
Lidia Arkadiewna otworzyła drzwi niemal natychmiast po tym, jak Alina zadzwoniła dzwonkiem.
– Alina, wejdź.
Lidia Arkadiewna miała na sobie ciemną sukienkę i starą, dzierganą kamizelkę. Na stole w pokoju stał już imbryk z herbatą, talerz ciasteczek i starannie złożone gazety.
— Jak się tu znalazłeś? Na zewnątrz jest lodowato.
„W porządku” odpowiedziała Alina jak zwykle.