Zamrugał.
– Co?
„Twoja matka tak mówiła. Że żyję z twojej rodziny. Pamiętam to. Więc to wystarczy.”
Wzięła torbę, odsunęła jego ramiona i otworzyła drzwi.
„Lina, zaczekaj!” krzyknął za nią. „Nic nie rozumiem!”
„To nie jest straszne” – odpowiedziała, nie odwracając się. „Zrozumiesz. Kiedyś”.
W holu było zimno, farba na ścianach łuszczyła się, a górne światło migotało. Alina szła powoli, pozwalając nogom przyzwyczaić się do faktu, że nie wracają już do tego mieszkania.
Zatrzymała się przy wejściu i wzięła głęboki oddech. Jej klatka piersiowa się ścisnęła, ale nie ze strachu – raczej z powodu niezwykłej ilości powietrza.
Telefon w jej kieszeni zawibrował. Spojrzała na niego – Ilja. Potem na kolejny – wiadomość od Lidiji Arkadiewnej.
Ścisnęła telefon w dłoni i wibracje ustały, jakby w środku znalazła małą, drgającą grudkę, którą udało jej się opanować.
„Teraz muszę pobyć sama” – pomyślała spokojnie.
Zatrzymała taksówkę i podała adres swojej przyjaciółki Veroniki. Po drodze patrzyła przez okno na zmieniające się witryny sklepowe, przystanki autobusowe, od czasu do czasu przechodniów. Wszystko było takie samo jak rano, ale jakby w innym samolocie.
Nie była już częścią obrazu, w którym Ilja był wyczerpanym bohaterem, Lidia Arkadiewna była ofiarą wieku i presji, a także była wiecznie wymagająca i niewdzięczna.
***
Minęło kilka tygodni.
Alina wynajęła małą kawalerkę niedaleko biura: jeden pokój, malutka kuchnia i okno z widokiem na dziedziniec z placem zabaw. Ściany były prawie puste – kilka półek, kilka zdjęć i dwie doniczki z jasnozielonymi roślinami na parapecie.
Ze swojego starego mieszkania nie zabrała nic poza ubraniami, kilkoma książkami i dokumentami. Kupiła nowe naczynia, zwykłe białe. Znalazła stół na portalu ogłoszeniowym: stary, ale solidny, z rysami na powierzchni – jakby ktoś na nim mieszkał przed nią.
W pracy zaproponowano jej nowy projekt. Nikt nie pytał, jak się mają sprawy w domu, i to było miłe. Kolega powiedział po prostu:
— Ostatnio ci poszło dobrze. Dasz radę jeszcze raz?
„Dam sobie radę” – odpowiedziała Alina. Wiedziała, że te słowa teraz znaczą coś innego.
Na początku Ilja pisał codziennie. Czasem z wymówkami, czasem z pretensjami, czasem z wyznaniami miłości. Oskarżał ją o impulsywność, prosił, żeby zaczęła wszystko od nowa i obiecywał „wszystko zmienić”. Potem zaczął pisać rzadziej.
Lidia Arkadiewna dzwoniła dwa razy. Za każdym razem Alina spojrzała na wiadomość na ekranie i pozwoliła, by połączenie samo ucichło. Może kiedyś porozmawiają – spokojnie, bez oskarżeń. Ale na pewno nie teraz.
Wieczorami czasami przesiadywała w małej kawiarni niedaleko metra, gdzie wcześniej chodziła tylko po kawę na wynos. Teraz mogła sobie pozwolić na dziesięć minut, po prostu obserwując ludzi wchodzących i wychodzących.
Pewnego dnia, wracając stamtąd, zatrzymała się przy oknie księgarni. W szybie odbijała się kobieta w ciemnym płaszczu, niosąca mały plecak i wyglądająca na kogoś, kto wie, dokąd idzie, choć trasa nie została jeszcze wytyczona.
Alina przyjrzała się swojemu odbiciu nieco uważniej i nagle zdała sobie sprawę, że w tym spojrzeniu nie ma żadnego napięcia, żadnego oczekiwania na czyjąś ocenę.
Ona po prostu była.