Moje życie stało się piękną, wyczerpującą, ekscytującą rzeczywistością. Przeprowadziłam się do słonecznego mieszkania w mieście. Kupiłam własne meble. Nie musiałam się oglądać za siebie.
W Hartwell Hospitality rzuciłem się w wir pracy. Awansowałem z asystenta menedżera na regionalnego dyrektora operacyjnego. Byłem dobry w swojej pracy, bo nigdy nie zapomniałem, jak to jest być niewidzialnym kelnerem w pokoju. Optymalizowałem łańcuchy dostaw, ograniczałem straty dostawców i zdobyłem bezgraniczne zaufanie Victorii. Stałem się znakomitym menedżerem na własną rękę.
W międzyczasie wszechświat ma dziwny sposób na zrównoważenie szali.
W ciągu tych dwóch lat gospodarka się zmieniła. Tradycyjna firma kontraktowa mojego ojca, oporna na nowoczesne zmiany i rozrośnięta przez niekompetentne kierownictwo Preston, zaczęła tracić pieniądze. Przegrali trzy duże przetargi stanowe. Tonęli w długach.
Wtedy Hartwell Hospitality ogłosiło ogromny, wielomilionowy projekt renowacji sieci luksusowych hoteli. To był taki kontrakt, który mógł uratować upadającą firmę z dnia na dzień.
Mój ojciec, na tyle zdesperowany i arogancki, by wierzyć, że uda mu się oczarować klientów i przezwyciężyć rywalizację z Victorią, złożył ofertę. Wyciągnął wszystkie sznurki, żeby załatwić sobie osobiste spotkanie w wieżowcu Hartwell.
W deszczowe wtorkowe popołudnie moja asystentka zapukała do drzwi mojego biura.
„Pani Vance” – powiedziała. „Dyrektorzy z Vance Commercial Contracting są tu o 14:00 na spotkaniu w sprawie kontraktu na remont”.
Spojrzałem na nieskazitelne, dopasowane rękawy mojego designerskiego garnituru. Dotknąłem złotego naszyjnika, który zostawiła mi babcia. Poczułem, jak na mojej twarzy pojawia się powolny, lodowaty uśmiech.
„Proszę ich umieścić w sali konferencyjnej A” – poleciłem. „Zaraz tam będę”.