Ricardo zbladł, gdy zobaczył pierwsze zdjęcia. Doña Carmen podeszła i oniemiała. Jej „porządny” syn obejmował Fernandę w wejściu do hotelu. Potem przyszły przelewy: zaliczki za mieszkanie, luksusowe torebki, miesięczne raty za ciężarówkę, raty dla lichwiarzy. Wszystko pochodziło z funduszu rezerwowego mojej firmy, do którego Ricardo miał dostęp, ponieważ był „moim zaufanym mężem”.
—Trzy miliony dwieście tysięcy pesos — powiedziałem. Tyle ukradłeś z mojej firmy, żeby utrzymać swojego kochanka i spłacić długi Diego.
„Nie ukradłem tego” – wyjąkał. „To były rodzinne pieniądze”.
—Moja firma nie jest twoją skarbonką.
Diego, który do tej pory krył się za barem, zaczął się pocić.
—Hej, szwagierko, nie przesadzaj. Potem ochłonie.
W tym momencie zadzwonił jej telefon komórkowy. Spojrzała na niego i zbladła. Rozłączyła się. Zadzwonił ponownie. Rozłączyła się ponownie. Po trzecim sygnale odebrała łamiącym się głosem.
—Tak… tak, szefie… dzisiaj… nie, nie uciekam…
Z drugiej strony rozległ się krzyk tak głośny, że wszyscy go usłyszeliśmy:
—Jeśli nie zapłacisz tych trzech milionów do godziny szóstej, przyjdziemy po ciebie do domu tego bogacza, w którym się ukrywasz.
Diego upadł na kolana.
—Mamo, oni mnie zabiją.
Doña Carmen spojrzała na mnie tak, jakbym nagle znów miał zamiar jej usługiwać.
—Mariana, córko, nie bądź okrutna. Oddaj pieniądze szwagrowi. Z Ricardo zajmiemy się później.
Ricardo również uklęknął, udając łzy.
—Wybacz. Przysięgam, że Fernanda nic dla mnie nie znaczyła. Podpisz pożyczkę, sprzedaj coś, cokolwiek. Jesteśmy rodziną.
Wyjąłem z torby kolejną kopertę.
—Nie. To pozew o naruszenie zaufania, a to pozew rozwodowy. Jeśli nie podpiszesz i nie opuścisz mojego domu, mój prawnik będzie tu z policją za piętnaście minut.
Ricardo podniósł wzrok. Jego prośba przerodziła się w furię.
—Nie możesz mnie zabrać. Wszystko, co masz, jest w połowie moje.
Uśmiechnęłam się, bo to było ostatnie kłamstwo, jakie mi powiedział, zanim całkowicie zatonął.
A tuż przed tym, jak mu pokazano dokument, który miał wszystko zmienić, zapukali do bramy tak mocno, że zadrżały okna.
CZĘŚĆ 3
Pukanie do bramy brzmiało jak grzmot.
„Diego! Wiemy, że tam jesteś!” krzyknął głos z zewnątrz. „Wychodź z pieniędzmi, bo wejdziemy i cię złapiemy!”
Diego schował się za fotelem, drżąc jak dziecko. Doña Carmen modliła się na głos, ale między każdym „Ojcze nasz” rzucała mi nienawistne spojrzenia, jakby ten dług był również moją winą.
Ricardo próbował odzyskać rolę ważnego człowieka.
—Mariana, otwórz sejf. Jeśli zapłacimy teraz, nikomu nic się nie stanie. Później się tym zajmiemy.
—Nasz związek zakończył się tej nocy, gdy zostawiłeś mnie leżącą na podłodze, żeby pójść z Fernandą.
—Byłeś chory, ale nie wiedzieliśmy, że to coś poważnego.
—Powiedziałem ci: „Umieram”. A ty odpowiedziałeś: „Przestań mnie dręczyć”.
Cisza obnażyła go bardziej niż jakikolwiek krzyk.