„Mamo!” Roman odwrócił się do niej gwałtownie. „Właśnie przez takich ludzi muszę teraz sprzątać bałagan. Przez lata nie chciałaś ze mną rozmawiać, a obcemu dzieciakowi dawałaś klucze?”
Kuba przełknął ślinę.
„Ja mam klucz tylko dlatego, że pani Helena czasem nie mogła dojść do drzwi.”
„Oddaj.”
„Co?”
„Klucz.”
Chłopiec sięgnął do kieszeni spodenek. Mały mosiężny klucz był ciepły od jego dłoni. Pani Helena dała mu go rok wcześniej, po nocy, gdy upadła w łazience i leżała na zimnych kafelkach aż do rana.
„Gdybym wtedy miał klucz, znalazłbym panią szybciej” powiedział jej wtedy.
Następnego dnia podała mu klucz i powiedziała:
„Nie dla wygody. Dla życia.”
Teraz Kuba położył go na stoliku.
Roman chwycił klucz, jakby odbierał mu broń.
„I więcej tu nie przychodź.”
Pani Helena zaczęła płakać.
„Kuba…”
Chłopiec zrobił krok w jej stronę, ale Roman zastąpił mu drogę.
„Powiedziałem: wyjdź.”
Kuba postawił szklankę na stole. Woda rozlała się trochę na obrus. Chciał powiedzieć, że nie wziął pieniędzy. Chciał powiedzieć, że pani Helena boi się spać przy zgaszonej lampie. Że jej leki leżą w kuchni w zielonym pudełku, a nie w szafce łazienkowej, bo tam często zapominała zajrzeć. Że zupa w lodówce jest za słona, bo wczoraj sam ją podgrzewał i próbował poprawić makaronem.
Ale miał dziesięć lat.
Dorośli stali nad ni
m jak ściana.
Wyszedł.