Na werandzie usłyszał jeszcze, jak kobieta w czerwonym szalu mówi:
„Trzeba jak najszybciej zabrać dokumenty. Dom jest wart więcej, niż myślałam.”
Kuba zatrzymał się przy furtce.
Nie zrozumiał wszystkiego.
Ale zrozumiał jedno: pani Helena została sama z ludźmi, którzy nie pytali, czy chce pić.
Tego wieczoru padał deszcz. Kuba siedział przy kuchennym stole w mieszkaniu swojej mamy i patrzył na swoje mokre trampki.
Mama wróciła późno z pracy w przychodni, zmęczona, z włosami związanymi byle jak i torbą pełną rachunków.
„Kuba, dlaczego nie jesz?”
Nie odpowiedział.
Podeszła bliżej i zobaczyła jego twarz.
„Co się stało?”
Wtedy pękł.
Opowiedział wszystko, szlochając tak mocno, że słowa mieszały mu się z oddechem. O Romanie. O kluczu. O pieniądzach. O tym, że nie pozwolili mu nawet poprawić pani Helenie koca.
Mama długo milczała.
Potem uklękła przed nim i położyła dłonie na jego ramionach.
„Synku, posłuchaj mnie. Dobro czasem zostaje oskarżone, bo ludzie źli nie wierzą, że może istnieć bez ceny.”
„Ale ja nic nie ukradłem.”
„Wiem.”
„A jeśli pani Helena będzie chciała wody?”
Mama zamknęła oczy.
To pytanie było prostsze i straszniejsze niż wszystkie oskarżenia Romana.
Następnego ranka pani Helena trafiła do szpitala.
Kuba dowiedział się od sąsiadki z naprzeciwka. Roman podobno przyjechał karetką, potem szybko wrócił do domu matki i wynosił jakieś teczki. Przez trzy dni chłopiec siedział po szkole pod płotem pani Heleny, patrząc na zamknięte okna.
Czwartego dnia mama zabrała go do szpitala.