Ojciec uśmiechnął się pogardliwie.
— Nie zachowuj się jak naiwny idealista. Gdybyśmy wycofali produkt po pierwszym incydencie, firma upadłaby. Tysiące innych pacjentów nie dostałoby implantów.
— Wadliwych implantów.
— Problem został rozwiązany.
— Po dziewięciu pogrzebach.
— Nie rozumiesz odpowiedzialności, jaka spoczywa na człowieku zarządzającym takim przedsiębiorstwem.
Wstałem.
— Rozumiem odpowiedzialność ojca.
Roman pobladł.
— Nie waż się mnie pouczać.
— Kazałeś zabić własną wnuczkę.
Uderzył dłonią w stół.
— To był błąd wykonawcy! Samochód miał zapłonąć natychmiast. Dziecko nie miało cierpieć!
W sali zapadła absolutna cisza.
Ojciec zrozumiał, co powiedział.
Spojrzał na kamery konferencyjne.
Potem na Laurę.
— To prowokacja.
Drzwi się otworzyły.
Do sali weszła komisarz Sadowska wraz z funkcjonariuszami.
— Romanie Zieliński, jest pan zatrzymany pod zarzutem usiłowania zabójstwa, zlecenia zabójstwa nieustalonej kobiety, fałszowania dokumentacji medycznej, oszustwa i sprowadzenia niebezpieczeństwa dla życia wielu osób.
Ojciec cofnął się.
— Michał, powiedz im, kim jestem.
— Wiem, kim jesteś.
— Jestem twoim ojcem!
— Ojciec nie zakopuje pustej trumny swojego wnuka, żeby kontrolować własnego syna.
Dwóch policjantów podeszło do niego.
Roman nie stawiał oporu.
Wciąż patrzył wyłącznie na mnie.
— Stracisz wszystko — powiedział. — Firmę, nazwisko, pieniądze. Bez tego jesteś nikim.
— Przez trzy lata myślałem, że nie mam żony ani dziecka. Wszystko inne jest drobnostką.
Wyprowadzono go.
Nie pobiegłem od razu do Laury.
Nie potrafiłem.
Stała kilka metrów ode mnie, żywa, a między nami znajdowały się trzy lata pogrzebów, bezsenności i pytań, na które nigdy nie odpowiadała.
— Pokaż mi Zosię — powiedziałem.
Laura skinęła głową.
W sąsiednim pokoju dziewczynka układała drewniane klocki. Kiedy weszliśmy, spojrzała na mnie nieufnie.
— To ten pan z ulicy — oznajmiła.
Laura uklękła obok niej.
— Zosiu, muszę ci powiedzieć coś ważnego.
Dziewczynka przytuliła lalkę.
— Czy znowu będziemy się przeprowadzać?
— Nie.
Głos Laury się załamał.
— Ten pan ma na imię Michał.
— Wiem. Krzyczał.
— Krzyczał, ponieważ bardzo za nami tęsknił.
Zosia zmarszczyła czoło.
— Znasz go?
Laura spojrzała na mnie.
— To twój tata.
Dziewczynka długo milczała.
— Adrian mówił, że mój tata jest daleko.
— Byłem — powiedziałem. — Ale nie dlatego, że chciałem.
Usiadłem na podłodze, żeby nie stać nad nią jak obcy olbrzym.
— Masz zdjęcie? — zapytała.
Wyjąłem portfel.
Nosiłem w nim fotografię Laury trzymającej sześciomiesięczną Zosię. Zdjęcie zrobiono tydzień przed wypadkiem.
Dziewczynka wzięła je do ręki.
— To ja?
— Tak.
— Trzymałeś moje zdjęcie?
— Każdego dnia.
Podeszła bliżej.
— Myślałeś, że nie żyję?
Nie wiedziałem, jak odpowiedzieć czteroletniemu dziecku.
— Tak mi powiedzieli.
— Było ci smutno?
Łzy spłynęły mi po twarzy.
— Bardzo.
Zosia popatrzyła na Laurę, jakby potrzebowała pozwolenia. Potem położyła małą dłoń na moim policzku.
— Już nie jestem martwa.
Roześmiałem się przez płacz.
— Nie. Już nie.
Nie nazwała mnie tatą tego dnia.
Ani następnego.
Pierwszy raz zrobiła to trzy miesiące później, kiedy przyjechałem po nią do przedszkola, a ona wybiegła z szatni i zawołała:
— Tato, patrz! Mam czerwony parasol!
Zatrzymałem się na środku korytarza.
Wychowawczyni zapytała, czy wszystko w porządku.
Nie potrafiłem odpowiedzieć.
Przytuliłem córkę tak ostrożnie, jakby nadal była niemowlęciem, które mogło zniknąć, gdy tylko zamknę oczy.
Z Laurą było trudniej.
Wróciła do naszego domu, ale spała w dawnym pokoju gościnnym. W pierwszych tygodniach rozmawialiśmy głównie o Zosi i procesie.
Pewnej nocy znalazłem ją w kuchni. Stała przy oknie z moją starą koszulką w dłoniach.
— Zachowałeś moje rzeczy — powiedziała.
— Nie potrafiłem ich wyrzucić.
— Ja musiałam wyrzucić wszystko, co mogło nas zdradzić.
— Dlaczego nie znalazłaś innego sposobu?
— Próbowałam.
— Przez trzy lata?
— Twój ojciec obserwował ciebie, twój telefon, dom i pracę. Każdy człowiek, który się do ciebie zbliżał, był sprawdzany.
— Mogłaś wysłać kogoś.
— Wysłałam.
— Kogo?
— Twojego przyjaciela, Kamila.
Zamarłem.
Kamil zginął dwa lata wcześniej w wypadku motocyklowym.
— Co mu powiedziałaś?
— Tylko że żyjemy i że musi przyprowadzić cię na spotkanie. Dwa dni później nie żył.
Oparłem dłonie o blat.
— Myślałem, że zasnął za kierownicą.
— Hamulce zostały przecięte.
Usiadłem ciężko.
— Dlatego przestałaś próbować.
— Dlatego postanowiłam najpierw zdobyć dowody, które pozwolą aresztować Romana i ludzi w policji. Gdybym wróciła wcześniej, uciekłby albo kazał zabić nas wszystkich.
— A Adrian?
— Poświęcił własne nazwisko, żeby twój ojciec uwierzył, że mnie kontroluje. Przejął firmę, bo gdyby zrobił to Roman, wszystkie raporty zostałyby zniszczone.
— Pozwolił mi go nienawidzić.
— Tak.
— Ty też.
Laura rozpłakała się.