Przyniosłam starszemu sąsiadowi pół szarlotki, a u niego w kuchni stały już 2 filiżanki. Pomyślałam, że na kogoś czeka, ale druga filiżanka była dla kobiety, której nie było od 3 lat. A kilka miesięcy później dostałam od niego list i kiedy przeczytałam pierwsze zdanie, nie potrafiłam powstrzymać łez: „Mario, jeśli czytasz ten list, to znaczy…”

Tamtego pierwszego wieczoru chciałam tylko wejść do siebie i nikogo nie widzieć.
Nogi bolały mnie po zmianie w sklepie. Cały dzień kasa, ceny, cudze nerwy, reklamówki, paragony, karty, kolejka. Jedna kobieta przez 15 minut udowadniała mi, że promocja na masło powinna jeszcze obowiązywać, chociaż na kartce przy półce wyraźnie była wczorajsza data.
W ręku niosłam pudełko z połową szarlotki. Była przeceniona, bo bok się zgniótł. Dla mnie to miała być kolacja.
Mieszkałam na 4 piętrze starego bloku. Wynajmowałam to mieszkanie już 5 lat. Małe, z oknem na podwórko i szafą, która skrzypiała tak, jakby za każdym razem pytała, jak długo jeszcze tu zostanę.
Swojego mieszkania nie miałam. Męża też nie.
Miałam 39 lat i nauczyłam się już nie odpowiadać, kiedy ktoś pytał: „A dzieci kiedy?”. Uśmiechałam się, mówiłam: „Jak Bóg da”, a potem w domu długo patrzyłam na swoją pustą kuchnię.
Naprzeciwko mnie mieszkał pan Władysław.
Miał 84 lata. Chodził wolno, ale prosto, jakby wstydził się pokazać, że plecy już go pokonały. Na klatce zawsze pierwszy mówił dzień dobry.
— Dobry wieczór.
— Dobry wieczór.
I tyle było naszej znajomości.
Kilka razy myślałam, żeby coś mu zanieść. Ciasteczka na święta. Kawałek ciasta po Wielkanocy. Latem jabłka z bazarku, kiedy będą tańsze. Ale święta mijały, jabłka drożały, a ja mówiłam sobie: „Później. Jak będzie czas”.
Tamtego wtorku czasu też nie było.
Włożyłam klucz do swoich drzwi i usłyszałam za plecami kaszel. Suchy, krótki, jakby człowiek nawet kaszleć bał się za głośno.
Pod drzwiami pana Władysława leżały ulotki. Nie jedna. Widziałam je już przedwczoraj, ale wtedy przeszłam obok.
Teraz coś mnie zatrzymało.
Zapukałam cicho.
Nikt nie odpowiedział.
Od razu zrobiło mi się głupio. Stałam pod cudzymi drzwiami z pogniecionym pudełkiem, jakbym naprawdę była komuś potrzebna z tą przecenioną szarlotką.
Już chciałam odejść, kiedy w zamku coś kliknęło.
Drzwi uchyliły się na łańcuszku. Pan Władysław spojrzał na mnie tak, jakby nie rozumiał, dlaczego ktoś stoi akurat pod jego progiem.
— Przepraszam, że przeszkadzam — powiedziałam szybko. — Mam szarlotkę. Tylko pół. Pomyślałam, że może pan lubi.
Popatrzył na pudełko, potem na mnie.
Cisza zrobiła się tak długa, że pożałowałam.
— Przepraszam — mruknęłam. — Głupio wyszło.
Wtedy zdjął łańcuszek.
— Proszę wejść, pani Mario. Nastawię herbatę.
Znał moje imię. A ja jego znałam tylko ze skrzynki na listy.
Mieszkanie było czyste, stare, ciche. Na komodzie stały zdjęcia. Na ścianie wisiał zegar. W kuchni stół był już nakryty.
2 filiżanki.
2 spodeczki.
2 małe łyżeczki.
Pan Władysław wyjął talerzyk i ostrożnie przekroił moją szarlotkę. Ręce mu drżały, ale nie pozwolił sobie pomóc.
— Jeszcze potrafię — powiedział.
Chciałam usiąść na krześle naprzeciwko niego.
— Tam proszę nie siadać — poprosił cicho.
Ręka sama mi się zatrzymała.
— Przepraszam.
Spojrzał na drugą filiżankę.
— Tam siedziała Halina. Moja żona.
Nie wiedziałam, gdzie podziać oczy.
— Ona teraz?..
— Zmarła. 3 lata temu.
Po tych słowach miałam ochotę wstać i wyjść, bo czułam, jakbym weszła w cudzy ból w brudnych butach. Pan Władysław wskazał krzesło z boku.
— Proszę usiąść tutaj. Ona lubiła gości.
Najpierw rozmawialiśmy o bloku. O windzie, która znowu zatrzymywała się między piętrami. O żarówce przy skrzynkach. O tym, że ktoś na dole ciągle nie domyka drzwi.
Potem zapytał, czy ciężko mi się pracuje.
Nie wiem, co mnie wtedy wzięło. Chyba zmęczenie rozwiązało mi język.
Powiedziałam o czynszu, który znów miał pójść w górę. O właścicielce mieszkania, która zaczęła wspominać o sprzedaży. O pracy, w której człowiek się uśmiecha, nawet kiedy chce usiąść na podłodze i już nic nie mówić.
Słuchał uważnie. Nie przerywał. Nie mówił, że młodzi teraz są słabi.