— Zmęczyć można się w każdym wieku — powiedział.
Ścisnęło mnie w gardle.
Później opowiedział o Halinie. Lubiła szarlotkę. Do herbaty dawała 3 łyżeczki cukru. We wtorki zawsze siadali w kuchni, nawet jeśli nie było żadnego święta.
— Najtrudniej bez człowieka nie jest w święta — powiedział. — Najtrudniej jest w zwykły dzień.
Kiedy zbierałam się do wyjścia, zauważyłam na brzegu stołu grubą kopertę. Leżał na niej długopis. Na wierzchu było napisane dużymi literami: „Podpisać jutro”.
— To coś ważnego? — zapytałam.
Pan Władysław szybko przykrył kopertę dłonią.
— Takie drobiazgi. Siostrzeniec pomaga mi załatwić sprawy, żebym nikomu nie był ciężarem.
— Jakim ciężarem?
Uśmiechnął się nie do mnie, tylko gdzieś obok.
— Starym.
Nie wiedziałam wtedy jeszcze, że w tej kopercie leżał papier, przez który mógł stracić nie tylko mieszkanie, ale też ostatnie miejsce, gdzie wciąż czekała na niego Halina…
DZIĘKUJĘ WAM, ŻE DOCZYTALIŚCIE DO TEGO MIEJSCA
DALSZY CIĄG
BLOCK 2
Nie od razu zrozumiałam, co miał na myśli.
— Kto panu powiedział, że jest pan ciężarem? — zapytałam.
Pan Władysław zabrał rękę z koperty, ale jej nie odsunął. Jakby papiery mogły uciec, gdyby zostawić je bez pilnowania.
— Roman. Siostrzeniec. On nie jest zły, pani Mario. Tylko zajęty. Praca, dzieci, kredyty. Ja mu przeszkadzam.
To słowo — „przeszkadzam” — powiedział tak zwyczajnie.
Jakby mówił o starym krześle w przedpokoju, a nie o sobie.
— Pan mu nie przeszkadza — powiedziałam.
— Pani łatwo mówić. Zna mnie pani od 2 godzin.
Nie miałam na to dobrej odpowiedzi.
Naprawdę znałam go od 2 godzin. Wcześniej znałam tylko jego powolne kroki na klatce, suche „dobry wieczór” i ulotki pod drzwiami.
— Co jest w kopercie? — zapytałam.
— Pełnomocnictwo. Tak powiedział Roman. Żeby załatwić mi dobry dom opieki. Tam lekarz, jedzenie, opieka. A mieszkanie przepisze się na niego, bo tak będzie prościej z opłatami i papierami.
— Czytał pan to?
Pan Władysław spuścił wzrok.
— Drobny druk. Oczy już nie te.
— To proszę jutro niczego nie podpisywać.
Podniósł głowę.
— Roman się obrazi.
— Niech najpierw wszystko wyjaśni.
— Już wyjaśniał.
— Panu czy sobie?
Na to nie odpowiedział.
Wyszłam od niego późno. W swojej wynajętej kuchni siedziałam nad pustym pudełkiem po szarlotce i nie mogłam zmusić się do snu. Za ścianą od czasu do czasu skrzypiała podłoga. Pan Władysław chodził po mieszkaniu.
Próbowałam wmówić sobie, że to nie moja sprawa.
Miałam swój czynsz, swoją pracę, swoje zmęczenie. Nie byłam rodziną. Nie byłam prawnikiem. Nie byłam opieką społeczną. Tylko sąsiadką, która przyniosła ciasto.
Rano miałam zmianę od 8:00.
O 7:15 stałam już pod jego drzwiami.
Otworzył w koszuli zapiętej na zły guzik.
— Proszę dzisiaj niczego nie podpisywać — powiedziałam zamiast dzień dobry. — Proszę. Niech pan pokaże te dokumenty komuś innemu.
— Pani Mario, spóźni się pani do pracy.
— Przyjdę po zmianie.
Westchnął.
— Jest pani dobra. A dobrym ludziom najczęściej jest przez to ciężko.
— Może. Ale papierów i tak proszę nie podpisywać.