W pracy cały dzień myliłam resztę. Kierowniczka 2 razy pytała, co się ze mną dzieje. Odpowiadałam: „Nic”. Pod koniec zmiany kupiłam 2 serniczki i prawie biegłam do domu.
Na naszym piętrze stał mężczyzna w ciemnej kurtce.
Miał około 45 lat. Szerokie ramiona, drogi telefon w ręce, nerwowy głos. Drzwi pana Władysława były uchylone.
— A pani to kto? — zapytał, kiedy weszłam po schodach.
— Maria. Mieszkam naprzeciwko.
— No to niech pani mieszka naprzeciwko.
Z mieszkania dobiegł głos:
— Pani Mario?
Minęłam Romana, chociaż nogi zrobiły mi się jak z waty.
Na kuchennym stole leżały rozłożone papiery. Pierwsza strona była odwrócona w moją stronę i zobaczyłam słowo „darowizna”.
— To nie jest pełnomocnictwo — powiedziałam.
Roman gwałtownie się odwrócił.
— Jest pani notariuszem?
— Nie.
— To proszę się nie wtrącać.
Pan Władysław siedział przy stole, ręce trzymał na kolanach. Obok niego stały te same 2 filiżanki. Druga była pusta.
— Romanie — odezwał się cicho. — Mówiłeś, że to dla opieki.
— Bo tak jest. Mieszkanie będzie na mnie, ja wszystko załatwię. Tobie będzie łatwiej.
— A jeśli chcę jeszcze pomyśleć?
Siostrzeniec nachylił się nad nim.
— Wujku, ile można myśleć? Ledwo chodzisz. Tobie potrzebna jest opieka, a nie jakieś przedstawienia z ciastem.
Pan Władysław dotknął palcami pustego spodeczka przy drugiej filiżance.
Chyba szukał Haliny.
Wtedy zrozumiałam, że jeśli teraz wyjdę, już nigdy nie spojrzę spokojnie na swoje drzwi naprzeciwko.
— Dzisiaj niczego nie podpisze — powiedziałam.
Głos mi drżał, ale Roman usłyszał.
— Odważna pani, kiedy pachnie cudzym mieszkaniem.
Jakby mnie uderzył.
— Proszę wezwać notariusza, opiekę społeczną, kogo pan chce. Ale bez wyjaśnienia on tego nie podpisze.
Roman zabrał część papierów i wyszedł tak, że drzwi uderzyły o ścianę.
Pan Władysław długo milczał.
— Halina powiedziałaby, że jestem głupi — odezwał się w końcu.
— Za co?
— Że prawie podpisałem.
— Pewnie by się złościła. Ale herbatę i tak by panu nalała.
Zaśmiał się cicho. Krótko. Potem wyjął z szuflady stare okulary i poprosił, żebym znalazła numer do Ośrodka Pomocy Społecznej.
Następnego dnia przyszła do niego pracownica socjalna, pani Ewa. Nie mówiła do niego jak do dziecka, nie nazywała go „dziadkiem”, tylko od razu usiadła przy stole i poprosiła o dokumenty.
Czytała długo.
— To umowa darowizny mieszkania — powiedziała. — Po podpisaniu lokal przechodzi na pana siostrzeńca. Obowiązek opieki nad panem nie jest tu porządnie zabezpieczony.
Pan Władysław spojrzał na filiżankę Haliny.
— On mnie oszukał?
Pani Ewa ostrożnie złożyła papiery.
— Wykorzystał pana zaufanie.
To było łagodniejsze niż „oszukał”. Ale w kuchni po tych słowach zrobiło się zimniej.
Po tej historii zaczęłam zaglądać do niego co wtorek.
Najpierw z szarlotką. Potem z serniczkami. Czasem przynosiłam tylko chleb i serek topiony, bo do wypłaty zostawały 4 dni. Pewnego razu pan Władysław powiedział:
— Pani Mario, proszę przychodzić bez zakupów. Ja nie czekam na ciasto. Ja czekam na panią.
Zrobiło mi się jednocześnie głupio i ciepło.
Rozmawialiśmy o Halinie, pracy, bloku, starości. Opowiadał, że z żoną przeżyli 43 lata. Dzieci nie mieli. Mówił to spokojnie, ale za każdym razem dłużej mieszał herbatę.
Pewnego wieczoru przyszłam całkiem rozbita.