— Nie. Ja nie mogę.
— Taka była jego wola.
— Ja przynosiłam mu ciasto. Piłam z nim herbatę. Nie robiłam tego po to.
Pan Andrzej spojrzał na mnie spokojnie.
— Właśnie to napisał.
Ręce mi się trzęsły, kiedy otwierałam list.
Pismo było nierówne, ale bardzo staranne.
Płakałam tak, że nie mogłam doczytać ostatniego zdania za pierwszym razem.
Notariusz podał mi chusteczki i milczał. Byłam mu za to wdzięczna.
— Prosił jeszcze, żebym przekazał — powiedział pan Andrzej, kiedy trochę się uspokoiłam — że filiżanki z niebieskim pęknięciem ma pani nie wyrzucać.
Wtedy znowu mnie złamało.
Roman oczywiście nie milczał. Były telefony, groźby, słowa o oszustce i starym człowieku, którego „omotałam”. Ale dokumenty były mocne. Pani Ewa złożyła wyjaśnienia. Notariusz miał zapisy spotkań. Lekarz potwierdził, że pan Władysław rozumiał swoje decyzje.
Długo nie umiałam wejść do jego mieszkania sama.
Klucz leżał mi w dłoni, a drzwi wydawały się cięższe niż wcześniej.
W środku pachniało starymi meblami, herbatą i jabłkami, chociaż ciasta dawno nie było. W kuchni stały 2 filiżanki. Jedna zwykła, druga z niebieskim pęknięciem.
Na stole leżało zdjęcie Haliny.
Obok mała karteczka.
„Dla pani Marii. Gdyby zapomniała pani, gdzie cukier — jest w górnej szafce”.
Zaśmiałam się przez łzy.
Nie przeprowadziłam się od razu. Było mi wstyd. Czułam, jakbym zajmowała cudze miejsce. Potem właścicielka mojego mieszkania oznajmiła, że ma kupców i muszę wyprowadzić się w ciągu miesiąca.
Tamtego wieczoru przyszłam do pana Władysława już nie w odwiedziny.
Usiadłam w kuchni, postawiłam przed sobą filiżankę z niebieskim pęknięciem i powiedziałam do pustego pokoju:
— Spróbuję dobrze tu żyć.
Nikt mi nie odpowiedział.
Tylko zegar na ścianie tykał tak samo jak pierwszego wieczoru.
Minęło 7 miesięcy.
W tym mieszkaniu są teraz inne firanki, ale stół zostawiłam. Zdjęcie Haliny stoi na komodzie. Obok małe zdjęcie pana Władysława, które pani Ewa znalazła w jego dokumentach.
Dzieci jeszcze nie mam.
Nie wiem, czy będą. Może urodzę. Może spotkam człowieka, przy którym nie będę się bała. Może kiedyś wezmę dziecko pod opiekę. Nie odpycham już tych myśli od siebie, jakby były śmieszne albo spóźnione.
Kiedy robi się ciężko, parzę herbatę.
Wyjmuję 2 filiżanki. Jedną stawiam sobie, drugą na brzegu stołu. Nie po to, żeby czekać na zmarłych. Po to, żeby pamiętać, że żywych trzeba zauważyć, dopóki jeszcze kaszlą za ścianą, chodzą po mieszkaniu, milczą i udają, że niczego nie potrzebują.
Czasem zagląda pani Zofia. Czasem pani Ewa przynosi jakieś papiery i zostaje na herbatę. Dziewczynka z 5 piętra poprosiła kiedyś o pomoc z zadaniem, a potem powiedziała:
— Ładnie tu pachnie.
Popatrzyłam na stół i pomyślałam, że pan Władysław byłby zadowolony.
Nie z powodu mieszkania.
Z powodu głosów.
Pierwszą szarlotkę w jego piekarniku upiekłam krzywą. Brzeg się przypalił, nadzienie wypłynęło. Postawiłam ją na stole i powiedziałam:
— No dobrze, panie Władysławie, wyszła chyba nie gorzej niż pańska.
Potem sama odpowiedziałam sobie jego głosem:
— Halina by się śmiała.
Może to dziwne. Ale zrobiło mi się lżej.
Bo w tym domu nie jest już pusto.
Jest smutek. Jest pamięć. Jest filiżanka z pęknięciem. Jest list, który czytam, kiedy wydaje mi się, że życie znowu przechodzi obok.
Są też klucze, które nie czekają już na cudze ręce.
Pan Władysław umarł samotnie. Tego sobie nigdy nie upiększę.
Ale w ostatnich miesiącach nie był niewidzialny.
Kiedy przychodziłam, pytał:
— Napije się pani herbaty, pani Mario?
A ja odpowiadałam:
— Napiję.
Teraz, kiedy ktoś pyta, jak dostałam to mieszkanie, nie mówię: „Ktoś mi je zapisał”.
Mówię inaczej:
— Pewien starszy człowiek kiedyś postawił dla mnie filiżankę. A ja po prostu nie przeszłam obok.