Nazywam się Wendy Thomas. Mam dwadzieścia dziewięć lat, jestem dyplomowaną pielęgniarką i ocalałam z próby zabójstwa zorganizowanej przez mężczyznę, który dał mi życie.
„Puść ją. Nie zapłacimy za operację”.
Mój ojciec wypowiedział te słowa do chirurga dyżurnego, gdy leżałam w śpiączce, z rurkami niczym wąż w gardle, a moje serce trzepotało jak uwięziony ptak o posiniaczone żebra. Nie powiedział tego ze łzami dławiącymi mu głos. Nie wykrzyczał tego w przypływie rozpaczy i szaleństwa. Powiedział to tak, jak niezadowolony klient rezygnuje z prenumeraty czasopisma.
Bez wahania. Bez drżenia. Po prostu interesy.
Podpisał nakaz niepodejmowania reanimacji o 23:18 w deszczowy wtorek. Nie podpisał go, ponieważ lekarze stwierdzili, że jestem w stanie śmierci mózgowej. Nie podpisał go, ponieważ nie było już nadziei. Podpisał to, ponieważ dział rozliczeń w szpitalu St. Catherine’s – w którym pracowałam – wręczył mu kosztorys.
To wystarczyło, by ocenić wartość mojego istnienia: liczba w arkuszu kalkulacyjnym.