— Adrian myślał, że zarabia znacznie więcej.
— Czyli jego hojność była liczona wyłącznie względem tego, jak biedną osobę sobie wyobrażał?
Elżbieta zmieniła ton.
— Pani Zofio, jest pani już po trzydziestce. Odwołanie ślubu może utrudnić późniejsze znalezienie odpowiedniego partnera.
— To ryzyko przyjmuję.
— Ludzie będą mówić.
— Państwo i tak już mówili.
— Może pani nigdy nie mieć dzieci.
— To również nie daje mi powodu, żeby poślubić niewłaściwego człowieka.
Jej twarz stwardniała.
— Więc chodzi pani tylko o dumę.
— Chodzi o szacunek.
— Adrian zgodzi się na zmianę intercyzy.
— Nie potrzebuję jego zgody.
Wstałam.
— Umowy z restauracją, fotografem i częścią usługodawców były podpisane przez państwa. Proszę samodzielnie rozliczyć rezygnację. Moja prawniczka skontaktuje się w sprawie kosztów, które poniosłam.
— Chce pani jeszcze pieniędzy?
— Chcę zwrotu własnych zaliczek. Tak działają zasady.
— Wszystko pani liczy.
— Tego nauczyłam się od państwa.
Wyszła bez pożegnania.
Adrian pojawił się wieczorem pod moim mieszkaniem.
Nie wiedział, że lokal, w którym mieszkałam, również należał do rodzinnej spółki i wynajmowałam go na zwykłych zasadach.
Czekał przy wejściu z kwiatami.
— Porozmawiajmy bez matek i prawników.
— Mieliśmy taką możliwość w kawiarni.
— Wtedy nie znałem pełnej sytuacji.
— To zdanie jest całym problemem.
— Nie możesz oczekiwać, że informacja o trzydziestu dwóch milionach niczego nie zmieni.
— Oczekiwałam, że nie zmieni zasad.
— Małżeństwo dwojga zamożnych ludzi wygląda inaczej niż małżeństwo, w którym jedna osoba zarabia znacznie mniej.
— W jaki sposób?
— Możemy inwestować razem. Rozwijać firmę. Kupić kolejne nieruchomości.
— Dlaczego nie proponowałeś tego wcześniej?
— Myślałem, że nie masz kapitału.
— Wtedy proponowałeś mi trzy tysiące na prowadzenie domu.
— Chciałem zapewnić ci bezpieczeństwo.
— Chciałeś zatrzymać wszystko dla siebie i korzystać z mojej pracy domowej.
— To niesprawiedliwe.
— Umowa była twoja.
Adrian wyjął telefon.
— Przeczytałem projekt twojego prawnika. Mogę zgodzić się na większość warunków.
— Większość?
— Czynsze z jednego budynku mogłyby trafiać na wspólne konto. Drugi pozostałby wyłącznie twój.
— A dywidendy z firmy?
— Przez kilka lat muszą zostać w spółce.
— Czyli mój dochód wspólny, twój zatrzymany w twoim przedsiębiorstwie.
— To inwestycja w przyszłość.
— Twoją.
— Naszą.
— Nie ma już „nas”.
Złapał mnie za rękę.
— Zosiu, popełniłem błąd.
— Jaki?
— Pozwoliłem mamie za bardzo się wtrącić.
— A twoje własne słowa?
— Byłem zaskoczony.
— Czy gdyby moje nieruchomości były warte tylko sto tysięcy, nadal przepraszałbyś?
Nie odpowiedział.
— Właśnie.
Wyrwałam rękę.
— Proszę, nie przyjeżdżaj ponownie.
— Ktoś inny namieszał ci w głowie?
— Tak. Ty.