Szczekanie policyjnego psa zamarło na lotnisku… a to, co odkryli później, odebrało im mowę.
Funkcjonariusz Javier Morales odwrócił się w stronę echa, które rozbrzmiewało w strefie kontroli bezpieczeństwa na międzynarodowym lotnisku Costa del Sol. Jego partner, pies policyjny, pięcioletni owczarek belgijski malinois o imieniu Roco, stał sztywno jak posąg, szczekając z siłą, jakiej Javier nigdy wcześniej nie słyszał. Spojrzenie psa utkwione było w wysokiej, jasnoskórej kobiecie, która powoli przechodziła przez bramkę kontroli bezpieczeństwa, jedną ręką obejmując swój już i tak wydatny, ciążowy brzuch.
Pasażerowie stali nieruchomo. Funkcjonariusze ochrony napięli ramiona. Kobieta – nazywała się Ana Jiménez, miała 30 lat – zatrzymała się w pół kroku, z bladą twarzą i oczami pełnymi konsternacji.
„Ja… nie mam przy sobie niczego niebezpiecznego” – powiedziała cicho, z urywanymi ustami. „Proszę, muszę tylko wsiąść do samolotu do Monterrey”.
Javier zacisnął uprząż Roco, ale nie kazał mu być cicho. Przez pięć lat służby Roco nigdy nie popełnił błędu. Ani razu. Narkotyki, materiały wybuchowe, zakazane przedmioty… jeśli szczekał, zawsze miał ku temu powód. Ale tym razem nie patrzył na walizkę ani torebkę. Patrzył na nią.
„Proszę pani, czy mogłaby pani pójść z nami na chwilę na szybką kontrolę?” zapytał Javier stanowczym, ale spokojnym głosem.
Ana zawahała się, przełknęła ślinę i w końcu skinęła głową, robiąc kilka kroków w bok. Odwracając się, Javier zauważył coś jeszcze: jej skóra nabrała szarawego odcienia, usta były prawie białe. Zimny pot perlił się na jej czole i skroniach. Roco na chwilę przestał szczekać i zaczął skomleć, szturchając pyskiem dłoń kobiety.
„Wszystko w porządku?” zapytał Javier.
„Chyba… Chyba tak. Jestem po prostu zmęczona…” wyszeptała.
Nie dokończyła zdania. Jej kolana nagle się ugięły.
Javier złapał ją tuż przed uderzeniem o ziemię.
„Pogotowie, natychmiast!” krzyknął.
W ciągu kilku sekund dwóch ratowników medycznych podbiegło z noszami. Sprawdzili puls Any. Był słaby i nieregularny. Jeden z ich wyrazów twarzy zmienił się z zaniepokojenia w jawny alarm.
„Rodzi… przedwczesny poród” – powiedział, patrząc na przenośny monitor. „I coś jest nie tak z sercem dziecka”.
Serce Javiera zabiło mocniej. Ratownicy medyczni unieśli ją na nosze i poprowadzili w kierunku kliniki na lotnisku. Roco podążał tuż za nimi, skomląc, z usztywnionym ogonem. W małym pokoju medycznym aparaty zaczęły bez przerwy piszczeć, gdy lekarze próbowali ustabilizować stan matki i dziecka.
„Cierpienie płodu” – mruknął lekarz, marszcząc brwi. „Gdyby leciała tym samolotem, ciśnienie w kabinie mogłoby spowodować zatrzymanie akcji serca”.
Javier cofnął się o krok, oszołomiony. Roco siedział nieruchomo przy drzwiach, z uszami wyczulonymi na stłumione dźwięki dochodzące z pokoju: szybkie głosy, krótkie polecenia, przerywany sygnał monitorów.