Pobrali się młodo – Siergiej miał dwadzieścia trzy lata, Tatiana dwadzieścia jeden. Taki jest wiejski zwyczaj: po służbie wojskowej czas założyć rodzinę. Siergiej miał dom – odziedziczony po rodzicach – solidny, zbudowany na wysokim fundamencie, z rzeźbionymi ramami okiennymi. Pracował w tartaku i dobrze zarabiał. Tatiana dostała pracę w administracji, sortowała dokumenty i wypisywała zaświadczenia. Żyli szczęśliwie, bez kłótni. Wieczorami siadali na werandzie, obserwowali zachód słońca nad rzeką i snuli plany. Głównym planem były dzieci. Dwoje, a najlepiej troje. Chłopiec i dziewczynka. Albo dwóch chłopców i dziewczynka. Siergiej, kiedy wypił kilka drinków na wakacjach, mawiał: „Rodzina bez dzieci to nie rodzina. To jak dom bez okien. Komu potrzebne?”.
Tatiana słuchała i uśmiechała się. Sama chciała mieć dziecko – małe, ciepłe, na różowych obcasach. Już myślała o imionach: Jegorka albo Alonka. Oglądała też pieluchy w sklepie, podkoszulki i łóżeczko.
Ale czas mijał i nic nie wychodziło.
Na początku się nie martwili – no, nie od razu, to się zdarza. Potem zaczęli się martwić. Wtedy Tatiana pojechała do stolicy republiki do lekarzy. Zbadali ją dokładnie – testy, USG i inne badania. A potem lekarka, starsza kobieta w okularach, powiedziała spokojnie, jakby rozmawiała o pogodzie:
„Niestety, Tatiano, ma pani niepłodność. Pierwotną. Wrodzoną patologię. Nic nie da się zrobić”.
Tatiana pamiętała, jak siedziała na szpitalnym korytarzu i patrzyła w przestrzeń. Ściana była pomalowana farbą olejną – zieloną, łuszczącą się na brzegach. Spojrzała na farbę i pomyślała: „Za chwilę pęknie i wszystko się zawali”. Ściana nie pękła. Ale wszystko się zawaliło.
Wróciła do domu, nie do siebie. Siergiej spotkał ją w drzwiach i spojrzał jej w twarz:
„No i co powiedzieli?”
Opowiedziała mu. Usiadł na stołku i milczał przez długi czas. Potem wstał i wyszedł na podwórze. Stał tam, paląc jednego papierosa za drugim. Kiedy wrócił, jego twarz była kamienna.
„Dobrze” – powiedział. „Będziemy się leczyć. Znajdę pieniądze. Znajdziemy innych lekarzy”.
I próbowali. Chodzili do starych uzdrowicieli, pili ziołowe herbatki, odwiedzali kościoły, zapalali świece. Tatiana modliła się – żarliwie, aż bolały ją kolana. Nic to nie dało.
Rok później Siergiej się zmienił. Stał się milczący, rozdrażniony. Jadł obiad wpatrując się w talerz. Odpowiadał na pytania monosylabami. Przewracał się z boku na bok w nocy, nie mogąc zasnąć. Aż pewnego ranka usiadł naprzeciwko niej i powiedział:
„Tania, nie mogę już tego robić”.
„Co? Nie możesz?”
„Bez dzieci. Rozumiesz – potrzebuję rodziny. Nazwiska. Żebym mogła komuś zostawić dom. Ale po co to wszystko? Dla kogo ja się trudzę w tym tartaku?”
Spojrzała na niego. Milcząco. Ścisnęło ją w gardle, ale nie płakała.
„To nie twoja wina…” powiedział, odwracając wzrok. „Rozumiem. To choroba. Ale nie mogę. Przepraszam”.
„Chcesz rozwodu?” zapytała cicho.
Skinął głową. Milcząco. Wpatrując się w podłogę.
I wyszła.
Spakowała torbę w pół godziny. Cicho, bez łez, bez wyrzutów. Złożyła sukienki, buty, szkatułkę na biżuterię matki: kolczyki, pierścionek, broszkę. Siergiej stał przy oknie, nie odwracając się. Dopiero gdy była już w drzwiach, powiedział:
„Ty, hm… nie chowaj urazy. Naprawdę nie mogę nic innego zrobić”.
Nie odpowiedziała.
Pojechała autobusem do centrum regionu, a potem pociągiem do stolicy republiki. Spojrzała przez okno na mijane lasy, od czasu do czasu na jakąś wioskę, szare niebo. W środku było pusto. Nawet nie aż tak – po prostu pusto, jak w domu, z którego wyniesiono wszystkie meble.
Nie miała nikogo w stolicy. Ale znalazła pracę – najpierw w akademiku, potem wynajęła pokój od starszej kobiety. Poszła do pracy. Najpierw jako pomoc pielęgniarska w szpitalu. Potem jako niania w sierocińcu. A potem korespondencyjnie uczyła się zawodu nauczycielki. I została tam na stałe.
Sierociniec był stary, zbudowany w czasach sowieckich, ale przytulny. Dzieci były najróżniejsze: porzucone, sieroty zabrane z biednych rodzin. Niektóre były ciche i zastraszone, inne były zdesperowanymi chuliganami. Ale wszyscy pragnęli jednego – być kochanymi. A Tatiana ich kochała. Dawała im wszystko, co miała: nocne dyżury przy łóżkach chorych, szczere rozmowy, ciasta w niedziele, kołysanki przed snem. Owszem, nie miała własnych dzieci, ale miała ich wiele. Bardzo wiele.
Znała wszystkich z imienia. Pamiętała urodziny. Wiedziała, kto lubi jeść, kto boi się burzy, kto płacze w nocy. Zapinała kołnierzyki, wycierała katar, przerywała kłótnie, uczestniczyła w zebraniach z rodzicami – a tych miała dwadzieścia w roku. Stała się matką dla tych, którzy nie mieli nikogo. I nigdy tego nie żałowała.
A Siergiej ożenił się sześć miesięcy po rozwodzie.
Miała na imię Walentyna. Młoda, silna i pogodna – całkowite przeciwieństwo spokojnej, zamyślonej Tatiany. Przyjechała do wsi z sąsiedniej dzielnicy, gdzie pracowała jako ekspedientka w sklepie. Poznali się na potańcówce w wiejskim klubie. Dwa miesiące później wzięli ślub, a rok później na świat przyszło ich pierwsze dziecko. Chłopiec, Andriej.
Siergiej był szczęśliwy. Niósł syna na rękach, wykąpał go w cynkowej wannie i szedł z wózkiem wiejską ulicą – dumny i zadufany jak gęś. Sąsiedzi uśmiechnęli się: „No cóż, Sierioga, w końcu to przeżyłeś! Teraz wszystko jest jak zwykle!”. Skinął głową i odwzajemnił uśmiech.
Trzy lata później urodziła się córka, Nastia. Siergiej chodził teraz z dwójką dzieci – chłopcem i dziewczynką, tak jak sobie wymarzył. Dom wypełnił się hałasem, krzykami, śmiechem i łzami.
Dawał im jedzenie, pieluchy, zabawki. Budował im huśtawki na podwórku, zimą zabierał na sanki i uczył łowić ryby w rzece.
Nie myślał o Tatianie. A raczej prawie o niej nie myślał. Czasami, bardzo rzadko, przelatywała mu przez głowę myśl: „Ciekawe, jak się czuje?”. Ale odpychał te myśli. Teraz miał inne życie. Prawdziwe. Pełne.
Lata mijały. Dzieci dorastały. Andriej ukończył szkołę średnią i wyjechał do stolicy republiki, żeby zapisać się na uniwersytet. Nastia poszła w jego ślady trzy lata później. Oboje skończyli szkołę i znaleźli pracę. Andriej został kierownikiem w jakiejś firmie, Nastia księgową. Pobrali się i mieli własne dzieci.
Siergiej pozostał na wsi. Walentyna już go wtedy zostawiła – nie mogąc poradzić sobie z życiem na wsi – i wyjechała do siostry do miasta na południu kraju. Został więc sam. W dużym domu z rzeźbionymi ramami okiennymi. Czekał na dzieci. Odwiedzić. Zadzwonić.
Dzieci nie przychodziły i nie dzwoniły.