I każde moje potakiwanie, każde pocieszające – daj spokój, Celina, jak się zawali, to się zawali. Bo tak naprawdę mi ulżyło, że ktoś inny się tym zajmuje. Że nie muszę myśleć o domu, który był pełen wspomnień, ale i pełen smutku po rodzicach. Celina wiedziała, że nie będę sprawdzać. I na tym postawiła.
Następnego dnia zadzwoniłam do niej. Nie od razu o domu. Zaczęłam od pogody, od zdrowia, od wnuków. Celina rozmawiała jak zwykle – spokojnie, trochę znudzonym tonem, jakby robiła mi łaskę, że odebrała telefon. Po dziesięciu minutach zapytałam lekko, jakby mimochodem:
– Słuchaj, a co z domem? Może byśmy w końcu dały ogłoszenie, skoro nikt sam nie przyjdzie?
Cisza. Króciutka, ale ją usłyszałam.
– Jaki sens dawać ogłoszenie? – powiedziała po chwili. – Mówiłam ci, że to ruina. Nikt tego nie kupi za rozsądne pieniądze.
– Ale gdyby ktoś chciał kupić tanio? Na działkę? – naciskałam.
– Lucynko, ja się tym zajmuję, nie zawracaj sobie głowy.
Rozłączyłam się z kamieniem w żołądku. To zdanie – “ja się tym zajmuję” – brzmiało teraz zupełnie inaczej. Zajmowała się. Rzeczywiście.
Tydzień później pojechałam pod dom. Nie uprzedzając Celiny. Wzięłam dzień wolny, poprosiłam sąsiadkę, żeby przesunęła wizytę, i wsiadłam w autobus o szóstej rano. Kiedy stanęłam przed furtką, zobaczyłam dokładnie to, co na zdjęciach. Dom był zadbany. Czysty. Nowe rynny, naprawiony dach, malowane okiennice. Na parapecie stały doniczki z bratkami – ktoś je posadził niedawno. Ogród skoszony, ścieżka z nowych płytek.
Stałam tam i płakałam. Nie z powodu pieniędzy, choć dwieście osiemdziesiąt tysięcy to dla mnie kwota, o jakiej mogę tylko marzyć. Płakałam, bo zrozumiałam, że Celina od lat kłamała mi prosto w oczy.
Spokojnie, z troską w głosie, z tym swoim zmęczonym westchnieniem – biedna ja, dźwigam ten ciężar sama. A ja jej współczułam. Dziękowałam jej w myślach, że zajmuje się tym, na co ja nie mam siły.
Zadzwoniłam do niej stamtąd, stojąc na chodniku przed domem.
– Celinko, stoję pod domem mamy i taty – powiedziałam spokojnie.
Długa cisza. Potem: