Nie wiem, jak z nią o tym rozmawiać.
Napisałam do Basi dłuższą wiadomość. Opisałam to, czego się dowiedziałam. Zapytałam, czy dobrze rozumiem. Odpowiedziała po tygodniu – tym razem więcej niż jedno zdanie. Potwierdziła. Dodała, że tamtego lata mama powiedziała jej jeszcze jedno – że jeśli Basia nie zamknie ust, to ona, mama, nie przeżyje tego wstydu. Że to Basia będzie winna.
– Dwadzieścia lat mi zajęło – napisała Basia – żeby przestać czuć się winna za to, że chciałam prawdy.
Mieszka pod Stuttgartem. Ma męża, dwóch synów, ogród, o którym widziałam zdjęcie. Pracowała jako pielęgniarka, teraz jest na emeryturze. Żyła całe to życie równolegle do mojego – urodziny, święta, choroby dzieci, kredyty, codzienność. Tylko bez nas.
Chciałabym móc powiedzieć, że mama w końcu się otworzyła. Że usiadłyśmy, wypiłyśmy herbatę i wszystko sobie powiedziałyśmy. Ale tak nie jest. Mama milczy. Kiedy przychodzę, rozmawia o pogodzie, o cenach masła, o serialu, który oglądała. O Basi – ani słowa. O tamtym lecie – cisza.
Raz, tylko raz, kiedy wychodziłam i zakładałam buty w przedpokoju, mama stanęła w drzwiach pokoju i powiedziała cicho:
– Myślałam, że robię dobrze.
Odwróciła się i poszła. Nie dała mi odpowiedzieć.
Piszę teraz do Basi co tydzień. Ona odpisuje – krótko, ostrożnie, jakby sprawdzała, czy ten most wytrzyma. Wysłała mi zdjęcie swoich synów. Jeden ma oczy taty. Nie napisałam jej tego.
Nie wiem, czy mama kiedykolwiek porozmawia z Basią. Nie wiem nawet, czy powinnam na to naciskać – ma osiemdziesiąt cztery lata i całe życie budowała ten mur z konkretnych cegieł: wstydu, powinności, strachu. Nie wiem, czy mam prawo ten mur rozbierać.
Wiem tylko, że przez trzydzieści siedem lat myślałam, że moja siostra nas porzuciła. A ona – przez trzydzieści siedem lat – żyła z tym, że to my porzuciłyśmy ją.