Ciąg dalszy historii

Po obiedzie podeszła do mnie Lucia. W jej oczach wciąż tliła się uczciwość — delikatna, niebezpieczna w takim miejscu. Niosła talerze, postawiła je na ladzie i szepnęła: — Nie mieszaj się w to, Zofio. Tutaj nie wolno. Stracisz zmianę. — A pani co straciła? — zapytałam. — Grafik. Szacunek. I może wiarę, że uczciwość coś znaczy. Uśmiechnęła się gorzko, ale jej spojrzenie pozostało zmęczone. — Przez te raporty? — dopytałam. — Tak. Odmówiłam podpisania za obiad, którego nie dostałam. Amelia powiedziała, że robię sceny. Po paru dniach Gabriel wszystko „uporządkował”. Tłumaczył, że sieć duża, że dokumenty się upraszcza. Żebym się nie wtrącała. — I uwierzyła pani? — Nie. Ale mama jest chora. Nie mogę zmieniać pracy. Kiwnęłam głową. — Ma pani kopię? Lucia długo patrzyła, potem wyjęła z kieszeni złożony arkusz. — Proszę tylko nie mówić, że ode mnie. — Nie powiem. Podpis przy jej nazwisku był cudzy. Pewny, wyćwiczony — ktoś robił to już wiele razy.
Fałszowanie podpisów to klasyka drobnych kradzieży, tylko tym razem pod skrzydłami ludzi, którym ufałam. W nocy nie spałam. Siedziałam długo w wynajętym pokoju, patrząc przez okno na światła Paryża, wspominając dzień, gdy trzy lata temu przekazywałam Gabrielowi klucze. „Jesteś młody, ale uczciwy” — powiedziałam wtedy. „Uczciwy” — najcięższe słowo, łatwe w obietnicy, trudne w praktyce. Następnego dnia przyszłam na zmianę wcześniej. Amelia jeszcze się nie pojawiła, Klara grzała herbatę. Poprosiłam ją cicho o pokazanie magazynowej dokumentacji. Zastygła, potem wyjęła cienki segregator z szuflady. — Proszę, ale szybko —