Teresa przeczytała nazwę jeszcze raz.
Rzym.
Przez chwilę nie usłyszała niczego. Ani szumu klatki schodowej, ani sąsiadki otwierającej drzwi piętro niżej, ani własnego oddechu.
Rzym.
Miasto, o którym Andrzej mówił czasem wieczorami, kiedy chłopcy już spali, a oni siedzieli przy stole z herbatą w szklankach.
– Kiedyś cię tam zabiorę, Teresa – obiecywał. – Zobaczysz, pojedziemy do Włoch. Ty założysz tę niebieską sukienkę, którą tak lubię, a ja będę udawał, że znam włoski.
Śmiała się wtedy.
– Andrzej, my nawet do Zakopanego nie mamy kiedy pojechać.
A on wzruszał ramionami.
– To co? Marzenia nie kosztują.
Ale później kosztowało wszystko.
Budowa domu.
Szkoła chłopców.
Leczenie jego chorego kręgosłupa.
A potem pogrzeb.
Rzym został jednym z tych marzeń, które człowiek składa gdzieś na dnie serca, bo nie ma już siły patrzeć, jak się nie spełniają.
– Skąd wy… – Teresa nie dokończyła.
Paweł wyjął z kieszeni małą, złożoną kartkę. Była pożółkła, wytarta na zgięciach.
Teresa rozpoznała pismo Andrzeja, zanim przeczytała pierwsze słowo.
– Tata dał nam to kiedyś – powiedział Marek. – Jeszcze zanim zginął. Powiedział, że jeśli kiedyś naprawdę nam się uda, mamy zrobić jedną rzecz przed wszystkimi innymi.
Teresa usiadła ciężko na krześle w przedpokoju.
Paweł podał jej list.
„Chłopaki, jeśli kiedyś będziecie mogli, zabierzcie mamę do Rzymu. Ja pewnie prędzej zawalę się na tej budowie, niż uzbieram na taką podróż, ale ona zasługuje, żeby zobaczyć coś więcej niż targ, kuchnię i moje brudne robocze buty. Tylko nie mówcie jej wcześniej, bo będzie krzyczeć, że szkoda pieniędzy.
Wasza mama oddałaby wam ostatni kęs chleba. Jak dorośniecie, oddajcie jej trochę świata”.
Teresa przycisnęła kartkę do piersi.
Nie płakała głośno.
Łzy po prostu zaczęły płynąć, jedna za drugą, po zmarszczkach, które przez lata wyrzeźbiła praca, tęsknota i czekanie.
– Czemu nic nie powiedzieliście? – wyszeptała.
– Bo mama zawsze mówi, że nie trzeba – odpowiedział Marek. – A właśnie trzeba.
Godzinę później Teresa siedziała w samochodzie między synami, ubrana w swój najlepszy płaszcz i ten nowy szal z pudełka. Sąsiadka pomachała jej z chodnika, a Teresa odmachnęła niepewnie, jakby bała się, że to wszystko jest snem.
Na lotnisku czuła się zagubiona.
Tyle ludzi.
Tyle ekranów.
Tyle walizek.
Kiedyś odprowadzała tu synów z sercem pękającym na pół. Teraz oni prowadzili ją spokojnie przez odprawę, przez kontrolę, przez długi korytarz do bramki.
Kilka osób odwracało się za nimi.
Po śmierci mamy porządkowałam jej papiery i znalazłam potwierdzenia przelewów – co miesiąc, od lat, na konto mojego brata. Dokładnie tyle, ile ja co miesiąc jej dopłacałam, bo “ledwo jej starczało do pierwszego”
Urodziłam córkę bez nikogo przy sobie – i zaledwie kilka godzin później mama wysłała mi SMS-a o treści: „Dzieci twojej siostry potrzebują nowych telefonów. Wyślij 2000 dolarów”.
Pięć dni po porodzie mąż powiedział mi: „Ty urodziłaś dziecko, ty je wychowaj!”. Nie powiedziałam ani słowa; po prostu wzięłam nasze dziecko i pojechałam do domu mojej matki. Kiedy w końcu zadzwonił, moje słowa wprawiły go w osłupienie!
Moi rodzice porzucili mnie w szpitalu, gdy miałem 13 lat, ponieważ moje leczenie raka było „zbyt drogie”. 15 lat później, gdy dowiedzieli się, że jestem prymusem na Columbia University College, zażądali biletów VIP
Naśmiewając się z mojego ciała w ósmym miesiącu ciąży podczas naszej rozprawy rozwodowej, mój mąż-miliarder zaszydził: „Wyjedziesz z niczym”. Jego kochanka śmiała się obok niego. Kiedy jednak powiedziałem mojemu prawnikowi, aby aktywował ukrytą klauzulę „Przepadek niewierności”, na sali zapadła cisza, a orzeczenie sędziego zmazało uśmiech z jego twarzy.