Na płycie lotniska czekał pracownik z wózkiem, ale Teresa uparła się, że przejdzie sama, choć Marek cały czas trzymał ją pod rękę.
Miasto pachniało inaczej. Ciepłem, kawą, kamieniem rozgrzanym słońcem.
Zawieźli ją do małego hotelu przy spokojnej uliczce, gdzie z okna było widać kawałek starego kościoła. Na łóżku leżała niebieska sukienka.
Teresa spojrzała na synów.
– Nie.
– Tak – powiedział Paweł.
– Skąd wiedzieliście?
Marek wyjął z torby stare zdjęcie. Teresa w tej sukience, młoda, roześmiana, stojąca obok Andrzeja na jakiejś rodzinnej uroczystości.
– Tata pisał o niej w liście – powiedział.
Teresa usiadła na brzegu łóżka i pogładziła materiał.
Nie była to ta sama sukienka. Tamta dawno się zniszczyła, oddana pewnie komuś albo przerobiona na coś dla dzieci. Ale kolor był podobny.
Niebieski jak wieczorne niebo.
Następnego dnia zabrali ją na spacer.
Nie spieszyli się. Zatrzymywali się, kiedy Teresa chciała usiąść. Kupili jej lody, choć protestowała, że za drogie. Paweł robił zdjęcia, Marek nosił jej torebkę, a ona co chwilę mówiła:
– Wasz ojciec by nie uwierzył.
Przy fontannie di Trevi stali długo.
Turyści wrzucali monety, śmiali się, pozowali do zdjęć. Teresa trzymała w dłoni mały pieniążek, który dał jej Marek.
– Pomyśl życzenie – powiedział.
Spojrzała na wodę.
Przez całe życie życzyła sobie czegoś dla innych.
Żeby chłopcy byli zdrowi.
Żeby mieli co jeść.
Żeby nie zabrakło na szkołę.
Żeby Andrzej wrócił bezpiecznie z pracy.
Żeby jakoś przetrwać do końca miesiąca.
Teraz po raz pierwszy od bardzo dawna nie wiedziała, czego życzyć sobie.
W końcu zamknęła oczy.
– Żebyście zawsze wracali do domu – powiedziała cicho i wrzuciła monetę.
Wieczorem zabrali ją na wzgórze z widokiem na miasto. Słońce zachodziło powoli, kładąc złoto na dachach Rzymu. Teresa siedziała między synami, w niebieskiej sukience i szalu, który lekko poruszał się na wietrze.
Marek wyjął z kieszeni małe pudełko.
– To jeszcze nie koniec.
Teresa spojrzała na niego zmęczona emocjami.
– Ja już więcej nie zniosę.
Paweł uklęknął przed nią i otworzył pudełko.