Sprzedałam mieszkanie po mamie i dołożyłam synowi do kredytu – sto tysięcy. Mają nowe mieszkanie z pokojem gościnnym. Kiedy zapytałam, czy mogę przyjechać na święta, syn powiedział, że pokój gościnny zajmują rodzice synowej.
Stałam na klatce schodowej z torbą pełną słoików – ogórki kiszone, dżem truskawkowy, kompot z wiśni – i nagle nie mogłam się zmusić, żeby zadzwonić domofonem.
Trzy godziny pociągiem z Płocka do Wrocławia, jeszcze dwadzieścia minut tramwajem, a teraz stałam pod drzwiami syna i nie wiedziałam, czy jestem tu mile widziana.
Dwa tygodnie wcześniej usłyszałam coś, czego żadna matka nie chce usłyszeć. I od tamtego dnia nie mogłam przestać o tym myśleć.
Zaczęło się od telefonu. Kończyłam zmianę w poradni – trzydzieści dwa lata przepracowałam jako położna, ostatnie pięć przed emeryturą w przychodni na Tysiąclatce. Adam zadzwonił w środku dnia, co nigdy się nie zdarzało.
– Mamo, chciałem ci powiedzieć, zanim zaczniesz planować – zaczął tym swoim tonem, który znałam od dziecka. Tak mówił, kiedy przynosił jedynkę z matematyki albo gdy rozbił wazon babci. – Na święta przyjeżdżają rodzice Grażyny.
– To dobrze – odpowiedziałam automatycznie. – Dom duży, pomieścimy się.
Cisza. Ta specyficzna cisza, która w rozmowie z dorosłym synem mówi więcej niż słowa.
– Mamo, wiesz, pokój gościnny jest jeden. Pan Władek źle się czuje, potrzebuje łóżka na parterze. A pani Irena nie zostawi go samego.
– To ja przyjadę na kanapę. Albo na materac, mnie to nie przeszkadza.
– Grażyna mówi, że to by było niewygodne. Dla wszystkich.
Dla wszystkich. Zapamiętałam to słowo, bo gryzło mnie jeszcze długo po tym, jak odłożyłam słuchawkę.
Mama umarła w marcu. Dwa pokoje na czwartym piętrze przy Kolegialnej, bez windy, z widokiem na Wisłę. Mieszkanie niewielkie, ale zadbane, po remoncie, który sama sfinansowałam pięć lat wcześniej, kiedy mama zaczęła mieć kłopoty z chodzeniem i trzeba było przerobić łazienkę. Adam już wtedy mówił, że szuka z Grażyną czegoś większego. Że rata za kawalerkę to pieniądze wyrzucone w błoto, że potrzebują przestrzeni.
Sprzedaż poszła szybko. Podpisałam dokumenty pod koniec maja, pieniądze wpłynęły na konto w czerwcu. Dwieście czterdzieści tysięcy. Po odjęciu kosztów notariusza i podatku zostało dwieście dwadzieścia.
Sto tysięcy przelałam Adamowi tego samego dnia.
Nie musiał prosić. Sam wspomniał, że brakuje im do wkładu własnego, że bank dałby lepsze warunki, gdyby mogli wpłacić więcej. A ja patrzyłam na te pieniądze na koncie i myślałam – co mi po nich? Emerytura mi wystarcza, jedyny syn buduje rodzinę, mama by tak chciała.
Adam podziękował krótkim telefonem. Grażyna napisała SMS-a: “Dziękujemy, mamo”. Z wykrzyknikiem i sercem. Zachowałam tę wiadomość.
We wrześniu pojechałam zobaczyć ich nowe mieszkanie. Trzypokojowe, jasne, na nowym osiedlu za miastem. Grażyna oprowadziła mnie po pokojach z dumą, na którą miała pełne prawo. Kuchnia z wyspą, łazienka z prysznicem walk-in, sypialnia z garderobą.
– A to jest pokój gościnny – powiedziała, otwierając drzwi na końcu korytarza. – Na razie stoi tu biurko Adama, ale jak ktoś przyjeżdża, rozkładamy sofę.
Pokój gościnny. Pomyślałam wtedy, że to miłe. Że będę miała gdzie spać, kiedy przyjadę. Że nie będę musiała wracać ostatnim pociągiem, że rano nastawię im kawę.
Nie powiedziałam tego głośno. Nie chciałam być tą matką, która zaznacza swoje terytorium.
Przez następne tygodnie dzwoniłam co niedzielę. Adam odbierał, ale rozmowy były krótsze. Pytałam o pracę, o Grażynę, o to, czy już kupili zasłony do sypialni. Odpowiadał zdawkowo. Grażyna nie podchodziła do telefonu – Adam mówił, że jest zajęta, że wyszła, że śpi po nocce.