Kupiłam kiedyś materiał na poszewki dla Olka – taki w misie, niebieski. Uszyłam dwie, wyprasowałam, włożyłam do reklamówki i schowałam na szafie w sypialni. Nie wiedziałam, czy kiedykolwiek je wręczę. Ale szycie dawało mi poczucie, że robię coś dla niego. Że jakoś jestem.
A potem zadzwonił telefon.
– Babciu, a ty umiesz robić pierogi z jagodami? Bo tata mówi, że tak.
Olek mówił szybko, przeskakując z tematu na temat, jak wszystkie pięciolatki. Że ma dinozaura, co się nazywa Reksio. Że w przedszkolu nauczył się liczyć do stu, ale po pięćdziesięciu trochę zgaduje. Że mama piecze ciasto, ale nie takie dobre jak babcia, tylko on nie wie, czy to prawda, bo babci nie próbował.
Słuchałam i płakałam bezgłośnie, zaciskając wolną rękę na kolanie.
– Olek, daj mi mamę albo tatę na chwilę, dobrze? – poprosiłam w końcu.
Szuranie. Szept. I głos Grzegorza – zachrypnięty, niepewny, jakby mówił przez ścianę.
– Cześć, mamo.
Dwa słowa. Tyle wystarczyło, żeby trzydzieści lat macierzyństwa wróciło jak fala – wszystkie poranki, kiedy wiązałam mu buty, wszystkie wywiadówki, wszystkie kłótnie o bałagan w pokoju, a potem ta jedna kłótnia, która zjadła wszystko.
– Cześć, synku – odpowiedziałam.
Milczeliśmy chyba minutę. Słyszałam, jak Olek w tle pyta, czy babcia przyjedzie na pierogi. Słyszałam ciche “ciii” jego matki.
– Aga mówi, że powinienem zadzwonić – odezwał się Grzegorz. – Ale ja… Olek sam poprosił. Opowiadam mu o tobie. Od jakiegoś czasu.
– Od jakiego czasu?
– Od urodzin. Zapytał, dlaczego inni mają dwie babcie, a on jedną.
Zamknęłam oczy. Za oknem ktoś trzasnął drzwiami samochodu. Z góry dobiegał telewizor sąsiadki – jakiś teleturniej, oklaski.
– Mamo, ja nie dzwonię, żeby rozmawiać o mieszkaniu – powiedział szybko, jakby się bał, że nie zdąży. – Nie dzwonię, żeby się kłócić. Ja…
– Wiem – przerwałam mu. – Nie musisz.
– Zachowałem się jak idiota.
– Obaj z ojcem byliście uparci. To rodzinne.
Usłyszałam coś, co mogło być śmiechem albo szlochem – u Grzegorza te dźwięki zawsze brzmiały podobnie.
– Olek chce cię poznać – powiedział. – Ja też chcę. Jeśli… jeśli jeszcze można.
Patrzyłam na szafę w sypialni, gdzie na górze leżała reklamówka z poszewkami w misie. Nie powiedziałam mu o nich. Jeszcze nie.
– W niedzielę – powiedziałam. – Przyjdźcie na obiad. Zrobię pierogi.
– Z jagodami?
– Z czym Olek chce.
Znowu cisza. A potem ten mały głos w tle, piskliwy i radosny:
– Tata! Babcia mówi, że zrobi pierogi! Z jagodami!
Rozłączyłam się i siedziałam w fotelu chyba godzinę. Herbata znowu stygła na blacie. Ale tym razem nie zapomniałam o niej – po prostu nie chciałam się ruszać. Bałam się, że jeśli wstanę, okaże się, że to był sen.
W sobotę poszłam na targ po jagody. Sezon dopiero się zaczynał, ale jedna ze straganiarek miała już pierwsze – drobne, ciemne, pachnące latem. Kupiłam dwa koszyczki. W domu wyciągnęłam stolnicę, którą Wiesław zrobił mi kiedyś w garażu – brzydka, lekko krzywa, ale ciasto na niej zawsze wychodziło cienkie i gładkie.
Magda zadzwoniła wieczorem.
– Mamo, Grzesiek do mnie napisał. Powiedział, że jedzie do ciebie z Olkiem. To prawda?
– Prawda.
– Mamo… – Magda zamilkła na chwilę. – Nie oczekuj za dużo, dobrze? Może być dziwnie. Pięć lat to dużo.
– Wiem, córeczko. Ale on zadzwonił. To wystarczy na początek.