W niedzielę rano zaczęłam lepić pierogi o szóstej. Za dużo, oczywiście – narobiłam chyba z osiemdziesiąt, jakbym karmiła wojsko. Ale ręce musiały coś robić, bo inaczej bym zwariowała z nerwów.
Przyjechali o dwunastej. Usłyszałam domofon i przez sekundę pomyślałam, że nogi mnie nie doniosą do drzwi.
Olek był mniejszy, niż sobie wyobrażałam. Ciemnowłosy, z oczami Wiesława – to samo spojrzenie, trochę za poważne jak na dziecko. Stał za nogą Grzegorza i patrzył na mnie z dołu, z tą mieszanką ciekawości i nieśmiałości, jaką mają pięciolatki wobec obcych dorosłych.
Tyle że ja nie byłam obca. Byłam babcią, której nie znał.
– Cześć, Olek – powiedziałam i kucnęłam. – Ja jestem Lucyna. Twoja babcia.
Olek spojrzał na Grzegorza. Grzegorz skinął głową. I wtedy Olek zrobił coś, czego się nie spodziewałam – podszedł i położył mi rękę na policzku. Małą, ciepłą dłonią.
– Tata mówi, że masz takie same oczy jak dziadek na zdjęciu – powiedział.
Grzegorz stał w drzwiach i patrzył na nas. Nie płakał – przynajmniej nie tak, żeby to było widać. Ale kiedy wstałam i na niego spojrzałam, zobaczyłam, że ma zaciśnięte szczęki i mruga szybko, tak jak Wiesław, kiedy nie chciał pokazać, że jest wzruszony.
– Wchodźcie – powiedziałam. – Pierogi wystygną.
Jedliśmy w kuchni, przy tym samym stole, przy którym pięć lat temu Grzegorz powiedział zdanie, które nas rozdzieliło. Olek zajadał pierogi i miał jagody na brodzie, na koszulce i chyba we włosach. Grzegorz jadł wolno i rozglądał się po kuchni, jakby sprawdzał, co się zmieniło. Prawie nic. Te same firanki. Te same magnesy na lodówce. Zdjęcie Wiesława na kredensie – to samo, które stało tam od zawsze.
– Dobre? – zapytałam Olka.
– Najlepsze na świecie! – krzyknął z pełnymi ustami.
Grzegorz spojrzał na mnie ponad głową syna. Nic nie powiedział. Nie musiał. Widziałam w jego oczach to samo, co pewnie on widział w moich – pięć lat, które nie wrócą, i nadzieję, że te następne będą inne.
Kiedy wychodzili, Olek przytulił mnie w przedpokoju. Mocno, obiema rękami, tak jak przytulają się dzieci – całym ciałem, bez dystansu.
– Babciu, a mogę przyjść jeszcze? – zapytał.
– Możesz przyjść, kiedy chcesz, kochanie.
Grzegorz zatrzymał się w progu.
– Mamo, ja…
– Wiem – powiedziałam. – Idźcie już, bo późno.
Zamknęłam drzwi i oparłam się o nie plecami. W kuchni na stole stały brudne talerze, na jednym z nich resztka pierogu z odgryzionym brzegiem – Olkowa robota. Nie zmywałam do wieczora. Chciałam, żeby ten bałagan postał jeszcze trochę.
Wieczorem zadzwoniła Magda.
– I jak?
– Olek ma oczy Wiesława – powiedziałam.
– Wiem, mamo. A Grzesiek?
Zastanowiłam się chwilę.
– Grzesiek ma moje pierogi z jagodami na koszulce. To chyba dobry znak.
Na szafie w sypialni nadal leży reklamówka z poszewkami w misie. W przyszłą niedzielę je wręczę. Nie wszystko naraz – najpierw pierogi, potem poszewki, potem może rozmowa o tym, co było. Albo nie. Może wystarczy, że jest co gotować i dla kogo.
Pięć lat ciszy. I jedno zdanie pięciolatka, żeby ją przerwać.