Następnego dnia poszłam do notariusza. Nie po to, żeby sprzedać kawalerkę. Po to, żeby sporządzić testament. Kawalerka na Krakowskiej miała trafić do wnuków – Oli i Kubusia – kiedy skończą osiemnaście lat. Nie do Damiana. Do nich.
Notariuszka – młoda kobieta, może trzydziestoletnia – czytała moje dyspozycje i nie komentowała. Dopiero na koniec powiedziała:
– Wie pani, że syn może domagać się zachowku?
– Wiem – odpowiedziałam. – Ale o zachowek trzeba walczyć w sądzie. A żeby walczyć w sądzie, trzeba spojrzeć matce w oczy i powiedzieć: należy mi się.
Wróciłam do domu, zrobiłam sobie herbatę i usiadłam w fotelu Janusza. Tym wyświechtanym, z IKEI, który chciałam wyrzucić dziesięć razy, a teraz nie oddałabym go za nic.
Myślałam o Damianowi. O tym, jak w trzeciej klasie podstawówki przybiegł ze szkoły z laurką na Dzień Matki – krzywo przyklejoną, z literówką w “kocham”. O tym, jak w liceum naprawiał mi telewizor, bo “tata, ja to zrobię taniej”. O tym, jak na pogrzebie Janusza trzymał mnie pod rękę i szeptał: “Mamo, ja się tobą zajmę.”
Nie dzwoniłam. Nie dlatego, że nie chciałam. Dlatego, że nauczyłam się, na tej fabrycznej zmianie i w tym czterdziestoletnim małżeństwie, że są rzeczy, których nie wolno robić pod presją. I że miłość, która wymaga okupu, nie jest miłością – jest transakcją.
Telefon leżał na stole ekranem do dołu. Gwiazdka betlejemska na parapecie powoli traciła liście. Wiedziałam, że Damian w końcu zadzwoni. Nie wiedziałam tylko, czy kiedy to zrobi, usłyszę “mamo” – czy znowu warunki.