Dwunasta stawała się pierwszą. Pierwsza – drugą. Wracali pachnący solą i kremem do opalania, zarumienieni, wypoczęci. Ja miałam piasek we włosach, rozlaną herbatę na spodniach i nerwy napięte jak struna po godzinach gonienia dwójki małych dzieci po pensjonacie, placu zabaw i uliczkach, które znałam tylko z mapy na recepcji.
Czwartego dnia spróbowałam.
– Bartuś, może dzisiaj poszłabym z wami na plażę? Dzieci mogłyby się pobawić w piasku, a ja bym poleżała chwilę.
Bartek wymienił spojrzenie z Agnieszką. To było szybkie, ale zauważyłam. Ona lekko pokręciła głową.
– Mamo, na plaży to jest koszmar z dwójką. Olek ucieka do wody, Iga je piasek. My musimy mieć chwilę, żeby odpocząć, rozumiesz? W pracy jest ciężko, Agnieszka ledwo zipie po tym projekcie.
Rozumiałam. Rozumiałam tak bardzo, że poszłam do swojego pokoju, usiadłam na wąskim łóżku i patrzyłam w sufit piętnaście minut. Trzydzieści lat przepracowałam w aptece. Stałam za ladą po dziesięć godzin, wydawałam leki, tłumaczyłam dawkowanie, uśmiechałam się do ludzi, którzy przychodzili chorzy i zmęczeni. Wiem, co to ciężka praca. Wiem, co to potrzeba odpoczynku.
Ale ja nie przyjechałam do Kołobrzegu do pracy.
Wieczorami Agnieszka kładła dzieci spać o dziewiętnastej i wychodziła z Bartkiem na kolację. Wracali koło dwudziestej drugiej, pachnąc winem. Ja siedziałam w ich pokoju z telefonem, nasłuchując, czy Olek się nie obudzi. Raz się obudził. Płakał przez czterdzieści minut, bo chciał mamę, a ja nie byłam mamą.
Piątego dnia zadzwoniłam do Heli.
– I co, Danuśka? Pięknie tam?
– Pięknie – powiedziałam. – Morze szumi.
Nie powiedziałam, że morze szumi za oknem, ale ja widzę je tylko z balkonu pensjonatu, bo nie mam kiedy tam pójść. Nie powiedziałam, że przez pięć dni byłam na plaży raz – w poniedziałek wieczorem, kiedy dzieci zasnęły wcześniej i wymknęłam się na dwadzieścia minut. Stałam w butach na piasku i patrzyłam na wodę. Było zimno i pięknie.
Szóstego dnia powiedziałam.
Nie wykrzyczałam, nie trzasnęłam drzwiami. Rano, kiedy Bartek stanął w moim pokoju w kąpielówkach z ręcznikiem pod pachą, powiedziałam spokojnie:
– Bartuś, dzisiaj nie dam rady. Idźcie na plażę, ale Igę albo Olka weźcie ze sobą. Ja muszę odpocząć.
Patrzył na mnie, jakbym powiedziała coś w obcym języku.
– Ale mamo, my nie damy rady z dwójką na plaży. O to chodzi, żeby ktoś…
– Żeby ktoś pilnował – dokończyłam. – Wiem. Ale ja przyjechałam na wakacje, Bartek. Nie do pracy.
Cisza. Agnieszka weszła z łazienki z mokrymi włosami, spojrzała na niego, na mnie, i wróciła do łazienki. Bartek stał chwilę, potem powiedział:
– Dobra, mamo. Dobra.