Syn zaprosił mnie na wakacje nad morze. Przyjechałam do Kołobrzegu. Okazało się, że pokój wynajęli obok – a ja miałam pilnować dwóch wnuków od siódmej rano, żeby oni mogli chodzić na plażę.

Sąsiadki z bloku zazdrościły mi. Wakacje nad Bałtykiem, syn zaprasza, wnuki będą, morze, świeże powietrze. – Danuśka, jak ci dobrze, rodzina dba – mówiła Hela z parteru, kiedy pomagała mi wnieść walizkę do taksówki.

Ja się uśmiechałam i czułam się jak kobieta, o którą ktoś się troszczy. Przez całą drogę pociągiem z Lublina do Kołobrzegu wyobrażałam sobie spacery po plaży, rybkę w smażalni, może nawet zachód słońca z kieliszkiem wina. Sześćdziesiąt dwa lata i pierwszy raz od śmierci Kazimierza ktoś zabrał mnie na urlop.

Bartek czekał na peronie z Olkiem na ręku. Mały machał rączką, Iga trzymała się tatusia za nogawkę. Serce mi się ścisnęło z radości. Syn przytulił mnie krótko, wziął walizkę i powiedział:

– Mamo, pokój mamy obok naszego. Agnieszka załatwiła super cenę, bo wzięliśmy dwa na tym samym piętrze.

Obok. Nie razem. Wtedy jeszcze nie zrozumiałam, co to znaczy.

Pensjonat był ładny, trzeba przyznać. Czyste ściany, balkon z widokiem na kawałek morza między dachami, pachniało świeżą pościelą. Mój pokój – jedynka z wąskim łóżkiem, szafką nocną i krzesłem. Łazienka na końcu korytarza. Pokój Bartka i Agnieszki – dwójka z dostawkami dla dzieci, z łazienką, z balkonem od strony promenady.

Rozpakowałam się, przebrałam w lżejszą bluzkę i zapukałam do nich.

– Wejdź, mamo – Agnieszka otworzyła z uśmiechem, ale zaraz spojrzała na zegarek. – Słuchaj, my byśmy chcieli jeszcze dzisiaj wyskoczyć na plażę, bo prognoza na jutro kiepska. Olek jest po drzemce, Iga zjadła. Dasz radę z nimi ze dwie godzinki?

Dałam radę. Pierwszego dnia dałam radę. Drugiego też. Trzeciego zaczęłam liczyć.

Budzik Olka dzwonił o szóstej czterdzieści pięć. Mały wchodził do mojego pokoju o siódmej, bo Agnieszka zostawiała uchylone drzwi między pokojami – był taki łącznik, którego nie zauważyłam przy zameldowaniu. Olek wspinał się na moje łóżko, a za nim szła Iga z misiem w jednej ręce i brudną pieluchą w drugiej.

O siódmej piętnaście Bartek zaglądał, już w kąpielówkach:

– Mamo, my idziemy, dobrze? Wrócę po nich koło dwunastej.