Tego dnia zabrali Olka na plażę. Iga została ze mną, ale ja z nią poszłam do parku, kupiłam lody i usiadłam na ławce z twarzą w słońcu. Poczułam morski wiatr. Iga umorusała się truskawkowymi lodami po łokcie. Było dobrze.
Wieczorem Bartek przyszedł do mojego pokoju. Bez Agnieszki. Usiadł na krześle, które było za małe na jego duże ciało, i patrzył w podłogę.
– Mamo, przepraszam. Agnieszka… my to tak zaplanowaliśmy, że… no, że ty będziesz z dziećmi, a my odpoczniemy. Myślałem, że ci to pasuje. Że lubisz być z wnukami.
– Lubię być z wnukami, Bartek. Ale nie od siódmej rano do dziewiątej wieczorem przez siedem dni. To nie są wakacje. To jest etat.
Milczał. Pocierał ręce, jak Kazimierz, kiedy nie wiedział, co powiedzieć. Ta sama maniera ojca, ten sam sposób unikania trudnych rozmów.
– Wiesz, co mnie najbardziej boli? – powiedziałam cicho. – Że nie zapytaliście. Nie powiedzieliście: mamo, potrzebujemy pomocy z dziećmi, czy możesz przyjechać i popilnować. Wtedy bym powiedziała tak albo nie. Ale zaprosiliście mnie na wakacje. Na wspólny wyjazd. A ja przyjechałam z kostiumem kąpielowym i kremem do opalania.
Bartek podniósł głowę. Miał oczy Kazimierza – ciemne, trochę za blisko siebie, z tym samym wyrazem, kiedy docierało do niego, że kogoś zawiódł.
– Nie pomyślałem o tym tak – powiedział.
Ostatniego dnia poszliśmy na plażę razem. Wszyscy piątoro. Bartek niósł Igę na barana, Agnieszka trzymała Olka za rękę, ja szłam obok. Morze było szare, wiatr ciągnął od zachodu, ale było ciepło. Olek budował zamek, Iga kopała dołki, Agnieszka przyniosła mi kawę z budki.
– Proszę, mamo – powiedziała.
Nie “przepraszam”. Nie “miała pani rację”. Kawa z budki. Mleczna, za słodka. Wypiłam do końca.
W pociągu do Lublina patrzyłam przez okno na mijające pola. Hela napisała SMS-a: “I jak? Opalona?” Odpisałam: “Trochę.” Schowałam telefon i zamknęłam oczy.
Myślałam o jednym. O tym, że moi rodzice nigdy nie pojechali razem na wakacje. Że mama przez trzydzieści lat jeździła z nami nad Bałtyk, robiła jedzenie, pilnowała, prała kostiumy, a ojciec siedział na kocu i czytał gazetę. I mama nigdy nie powiedziała, że to nie są jej wakacje.
Ja powiedziałam. I nie żałuję. Ale musiałam poczekać do sześćdziesiątego drugiego roku życia, żeby nauczyć się tego jednego zdania: nie dam rady.
Czasem kocham ich tak bardzo, że zapominam, że ja też jestem człowiekiem.