Syn zaprosił nas z mężem na obiad do restauracji. Myślałam, że chce nas po prostu ładnie potraktować. Gdyby ktoś mi powiedział, że najbardziej gorzki wieczór mojego życia zacznie się od kremu z borowików i kieliszka białego wina, roześmiałabym się.

A jednak tak właśnie było – w restauracji przy ulicy Kopernika w Olsztynie, w piątkowy wieczór, przy stoliku pod oknem, z serwetkami złożonymi w wachlarze.

Marcin zadzwonił we wtorek. “Mamo, chcę was z tatą zabrać na obiad w piątek. Do tej nowej restauracji przy starówce. Moja niespodzianka.” Odłożyłam telefon i powiedziałam do Tadeusza, że syn nas zaprasza.

Mąż podniósł wzrok znad gazety i mruknął coś o tym, że pewnie znów chce pogadać o remoncie łazienki. Ale ja czułam w głosie Marcina coś innego. Takie napięcie, które syn maskował wesołością od małego – kiedy przyniósł dwóję z matmy, kiedy rozbił wazon w salonie, kiedy w liceum wrócił po północy z zapachem papierosów.

Przez trzydzieści osiem lat małżeństwa zdążyłam się nauczyć jednego – że dobre rzeczy przychodzą cicho, a te złe zawsze się zapowiadają. Tadeusz mówi, że jestem nadwrażliwa. Może ma rację. Ale przez dwadzieścia sześć lat pilnowałam zmiany w fabryce mebli pod Olsztynem i potrafię wyczuć, kiedy maszyna zaczyna chodzić nierówno, zanim się zepsuje.

W restauracji Marcin czekał już przy stoliku. Ubrany w koszulę, ogolony, pachniał tymi swoimi drogimi perfumami. Objął mnie, poklepał Tadeusza po ramieniu. “Wyglądacie świetnie” – powiedział, a ja pomyślałam, że to kolejny znak. Marcin nigdy nie mówi, że wyglądamy świetnie. Marcin mówi “cześć, co tam” i sięga po kartę.

Zamówiliśmy. Tadeusz wybrał polędwicę, ja rybę, Marcin coś z kaczką. Rozmowa szła lekko – o wnuczce Zosi, która zaczęła chodzić do przedszkola, o Agnieszce i jej nowej pracy, o remoncie chodnika przed naszym blokiem. Tadeusz się rozluźnił, ja prawie też. Krem z borowików był wyśmienity. Przez chwilę pomyślałam, że może się mylę. Może syn po prostu dorósł do tego, żeby zabrać rodziców na dobry obiad.

Kelner zabrał talerze po głównym daniu. Marcin odmówił deseru. “Może później” – powiedział i sięgnął pod stół, po torbę, której wcześniej nie zauważyłam. Wyjął z niej tekturową teczkę. Zwykłą, szarą, z gumką. Położył ją na stole, między kieliszkami a świeczką.

“Mamo, tato, muszę z wami poważnie porozmawiać.”