Tadeusz odstawił kieliszek. Ja poczułam, jak żołądek ściska mi się wokół tego kremu z borowików.
“Spokojnie, to nic złego” – Marcin podniósł ręce, jakby nas uspokajał. “To jest propozycja. Dla nas wszystkich.”
Otworzył teczkę. W środku były wydruki – tabele, jakieś obliczenia, wydruk z portalu nieruchomości. I formularz pełnomocnictwa notarialnego.
Marcin zaczął mówić. Spokojnie, przygotowanym głosem, jakby ćwiczył przed lustrem. Że z Agnieszką szukają większego mieszkania, bo z Zosią w dwóch pokojach jest ciasno. Że znaleźli świetną ofertę na obrzeżach Olsztyna – trzypokojowe, z ogródkiem, blisko przedszkola. Że mogliby to kupić, gdyby mieli wkład własny. A wkład własny – to nasze mieszkanie.
“Nie musielibyście go sprzedawać od razu” – mówił szybko, widząc moje oczy. “Wystarczy pełnomocnictwo, żebym mógł działać w waszym imieniu. Potem znaleźlibyśmy wam coś mniejszego, wygodniejszego, bez trzeciego piętra bez windy. Mamo, tato, wy i tak narzekacje na te schody.”
Cisza. Świeczka na stole migotała. Para przy sąsiednim stoliku śmiała się z czegoś. Kelner przeszedł obok z tacą deserów.
Tadeusz odezwał się pierwszy. “Czekaj. Chcesz powiedzieć, że mamy oddać ci mieszkanie?”
“Nie oddać. Pozwolić mi je sprzedać, żebym mógł kupić coś dla nas wszystkich. Tato, to jest inwestycja w rodzinę.”
Patrzyłam na te wydruki. Tabele z cenami za metr kwadratowy. Zdjęcia mieszkania z ogródkiem. Formularz pełnomocnictwa z pustymi miejscami na nasze podpisy. I nagle zrozumiałam, dlaczego restauracja. Dlaczego koszula i perfumy. Dlaczego krem z borowików.
Marcin nie chciał nas potraktować. Marcin chciał, żebyśmy się czuli zobowiązani.
“Synu” – powiedziałam, i sama słyszałam, jak mi drży głos. “Mieszkamy tam trzydzieści pięć lat. Tam wychowałam ciebie i Kasię. Tam stoją meble, które kupowaliśmy z pierwszych pensji.”
“Właśnie dlatego, mamo. Te meble mają po trzydzieści lat. To mieszkanie wymaga remontu, którego nie zrobicie. Trzecie piętro bez windy – tata ma kolano, ty masz kręgosłup. Ja chcę wam pomóc.”
To “chcę wam pomóc” wbiło mi się pod skórę. Bo było w nim trochę prawdy. Schody rzeczywiście dawały się nam we znaki. Tadeusz rzeczywiście miał problemy z kolanem. Kuchnia rzeczywiście pamiętała czasy, gdy Marcin chodził do podstawówki.
Ale było w tym jeszcze coś. Agnieszka. To nie był pomysł Marcina. Marcin nigdy nie przygotowałby teczki z tabelami i wydrukami. Marcin, który zapomina o urodzinach żony i gubi kluczyki od samochodu. Te tabele pachniały Agnieszką – jej systematycznością, jej ambicją, jej przekonaniem, że wszystko da się zaplanować na kartce papieru.
“Rozmawiałeś o tym z siostrą?” – zapytał Tadeusz.
Marcin spuścił wzrok. “Jeszcze nie.”
“Czyli przyszedłeś po podpisy, zanim powiedziałeś Kasi?”
“Bo Kasia by to skomplikowała. Wiesz, jaka jest.”