Julian sięgnął po telefon do kieszeni, ręce trzęsły mu się tak mocno, że upuścił urządzenie dwa razy, zanim udało mu się odblokować ekran.
„Ja… muszę do niej zadzwonić” – Julian gwałtownie oddychał, a w jego oczach pojawiły się łzy czystego przerażenia i zdrady. „Muszę ją zapytać, dlaczego to zrobiła! Muszę…”
„Nie zawracałbym sobie głowy dzwonieniem do niej, Julian” – przerwałem mu płynnie, krzyżując ramiona na piersi.
Julian zamarł, patrząc na mnie dziko.
„Przetłumaczyłam oryginalny niemiecki tekst na stronie producenta, kiedy brałeś dziś rano prysznic” – wyjaśniłam, patrząc na zegar na ścianie. „Zadzwoniłam do dr Harris, kiedy twoja mama wyjeżdżała z naszego podjazdu, żeby potwierdzić obecność związków chemicznych. A potem…”
Zamilkłam, pozwalając, by w kuchni zapadła ciężka i dusząca cisza.
„…Zadzwoniłam na federalną infolinię do Agencji ds. Zwalczania Narkotyków (DEA) i Biura Śledczego FDA w sprawie międzynarodowego przemytu i dystrybucji nielicencjonowanych narkotyków z Wykazu IV osobom nieletnim”.
Szczęka Juliana opadła tak bardzo, że myślałam, że zaraz się potknie.
Był zupełnie, w błogiej nieświadomości, że podczas gdy on pocił się i hiperwentylował nad koszem na śmieci w naszej kuchni, flota ciężkich, czarnych, nieoznakowanych SUV-ów federalnych wjeżdżała już na ogromny, okrągły, brukowany podjazd Beatrice Vance z nakazem przeszukania bez pukania, wydanym za przestępstwo.
Rozdział 4: Napad na matriarchę
„BEATRICE VANCE! AGENCI FEDERALNI! ODSTĄPCIE OD SCHODÓW! TRZYMAJCIE RĘCE TAM, GDZIE MOŻEMY JE WIDZĄĆ!”
Okazały, wystawny, trzypiętrowy hol posiadłości Vance’ów eksplodował przerażającym, brutalnym chaosem federalnego nalotu. Ciężkie, wzmocnione dębowe drzwi wejściowe nie zostały dopiero co otwarte; zostały wyważone przez taktyczny taran, roztrzaskując drogie drewno na drzazgi.
Beatrice Vance stała na podeście swoich szerokich, marmurowych schodów. Miała na sobie olśniewającą, szmaragdowozieloną jedwabną suknię wieczorową, a sznur ciężkich, nieskazitelnych pereł spoczywał na jej obojczyku. Przygotowywała się do wydania elitarnej, arystokratycznej kolacji charytatywnej.
Wydała z siebie przenikliwy, przenikliwy wrzask absolutnego, nieskażonego przerażenia, gdy ciężko uzbrojony agent taktyczny w ciemnej wiatrówce wbiegł po schodach, chwytając ją za nadgarstki wysadzane diamentami i gwałtownie zaciskając je za plecami.